Odcinek 18 - 04.07.2006

 

Dziś będzie tylko o wakacjach. Głupio tak się pisze po paru miesiącach - pewnie połowy już nie pamiętam, ale może to i lepiej jak odcinek będzie miał poniżej 15 stron A4. Zdjęć nie wstawiam, bo są już osobno na stronie.

Założenie wakacyjne było takie - do dużego campera ładuje się ekipa w składzie Rodzice moi, Dorożka (specjalnie importowany turysta z Polski) no i my z dzieciakami. Plan podróży zakładał, że zdecydowanie nie pojedziemy na południe ani na zachód. Wiele opcji nam to nie zostawiało. Nie planowaliśmy co chcemy zobaczyć bo tak naprawdę to wszystko już widzieliśmy na National Geographic i Animal Planet. Zresztą zwiedzanie atrakcji turystycznych to i tak tylko strata czasu. Byliśmy zacięci do tego stopnia, że nie zabraliśmy żadnego przewodnika. Jak nam brakowało stymulacji to braliśmy jakieś ulotki z punktów IT, po czym i tak nie było chętnego, co by je przestudiował. Nocować mieliśmy na campingach, bo do szczęścia brakowało nam 220V i kibla, z którego nie trzeba wynosić urobku (ten w camperze polega na tym, że się wali do schowka i potem ktoś na ochotnika musi z tym lecieć modląc się, żeby się potknąć).

Nie mieliśmy pojęcia, ile kilometrów da się dziennie pokonać domem na kółkach. Ograniczeniem był brak chętnych do kierowania - Ociec z założenia w Australii lubi być wożony, Dorożka nie zabrał prawa jazdy (ponoć sam mu to poradziłem i do teraz zastanawiam się, co mi rozum przesłoniło). Magda to nawet chciałaby kierować, ale nie byliśmy jeszcze gotowi na spotkanie z przeznaczeniem. Mama uznała, że dałaby radę tym jechać i sama tego świadomość Jej wystarczyła a my uwierzyliśmy na słowo - bez sprawdzania. Zostałem więc sam na placu boju. Plac był wprawdzie wygodny, ale między mną a pasażerem tkwiła pewna istotna przeszkoda terenowa, na której polegli wszyscy pasażerowie, niektórzy kilkakrotnie. Rekordzista padł kilka razy jednego dnia. Była to lodówa pełna piwa i innych płynnych frykasów. Schemat był więc taki, że wpadał ktoś na ochotnika towarzyszyć mi w szoferce, walił kilka browarów i zasypiał. Wyrzucałem drania, ale na jego miejsce wpadał następny spragniony, robił dokładnie to samo i znowu musiałem szukać mu zmiennika. Przyzwyczajałem się do tego długo i do samego końca szczerze im zazdrościłem. Raz to nawet zastrajkowałem i dość szybko przeszedłem na dietę płynną, ale nikt nie jakoś nie przejął się tym, że nigdzie nie pojedziemy. Strajk, na który nikt nie zwraca uwagi nie ma większego sensu, tak więc więcej się już nie wygłupiałem i alkoholizowałem się dopiero po robocie. Z obserwacji wyszło nam, że optymalnie byłoby przejechać 100 km dziennie, ale w tym tempie dopiero drugiego dnia wyjechalibyśmy z Sydney, tak więc zwiększyliśmy minimum programowe do 300 km. Maksymalnie dało dało radę przejechać 700km dziennie, ale wymagało to zaciśnięcia zębów i pośladków oraz zaklejenia dzieciakom ust taśmą klejącą.

Głównymi atrakcjami wyprawy miał być kietesurfing oraz rafa. Jeśli chodzi o to pierwsze, to była to atrakcja tylko dla małej części ekipy. Pomysł zaproszenia na wyprawę Wojtasa był zresztą bardzo sprytny - ponieważ też pływa na latawcu, a do tego jest ode mnie atrakcyjniejszy kulinarnie, miał mi robić za zanętę dla rekinów. Kombinowałem, że głodny rekin prędzej rzuci się na 90kg Dorożki niż na 75kg mnie. Podejrzewałem, że w trudnych morskich warunkach zaopatrzeniowych 15kg żywca może być na wagę złota i przy takim wyborze żadna bestia się na mnie nie połasi. Magda miała zamiar też się nauczyć czegoś, ale ponieważ nie urodził się jeszcze chłop, który dałby radę własną babę czegoś nauczyć, pierwsza lekcja była ostatnią. Trudno się zresztą dziwić, skoro Magda uparła się ćwiczyć na plaży i wykonała niesamowicie efektowny trick  w stylu wczesnego Supermana - kiteloop połączony z potężnym lotem poziomym. Klasnęła na piach tak, że biust Jej się chyba o dwa numery zredukował, do tego starte łokcie i kolana... Jak już odzyskała dech to nie powiedziała nic konkretnego o dalszym planie treningowym. Sprzęt o dziwo pozostał nienaruszony.
Druga atrakcja wyprawy - rafa, była na tyle odległa, że raczej mieliśmy nadzieję niż realny plan. Na oko 1500km od domu, czyli dziennie musielibyśmy jechać więcej niż byliśmy skłonni. No ale na wszelki wypadek nie traciliśmy nadziei.

Żeby się relacja jakoś kupy trzymała, opiszę każdy dzień pokrótce - dokąd dojechaliśmy, ile przejechaliśmy i co było po drodze:

Dzień 1 - Booti Booti NP, 302 km - ruszyliśmy po południu, debiutowałem za kółkiem. Trochę się czułem nieswojo, ale szybko przywykłem do pojazdu i sytuacji na pokładzie. Po drodze zajechaliśmy do Dżemików, czyli do Agnieszki wraz z przyległościami (w tym ze świeżo narodzonym Kai'em). Powiem jedno - dzieci rodzą się naprawdę małe, ale potem na szczęście szybko nabierają masy. Jonathon pożyczył nam mapę, co niby miało jakoś poprawić nasze zdolności nawigacyjne. Jechało się w miarę spokojnie, rzekłbym nawet, że wręcz majestatycznie. Na noc zatrzymaliśmy się na jakimś campingu. Ponieważ recepcja była zamknięta - rozgościliśmy się - podpięliśmy do prądu i wody, skoczyliśmy się przekąpać w oceanie i to  by było na tyle. Dodam tylko, że kąpiel w oceanie naprawdę była cudowna - nie szpeciło jej nawet to, że byliśmy w cywilnych gaciach i co chwila fala próbowała czyjeś zabrać. Księżyc świecił w naszą stronę, a my w jego.
Dzień 2 - Nambucca Heads, 225 km - rano zapłaciliśmy za camping i ruszyliśmy dalej koło południa. Jazda koło południa ma tę dobrą stronę, że dzieciaki śpią wówczas około dwóch godzin. Teoretycznie oczywiście, bo zależy to też od stu innych czynników. Miejsce postoju wybrałem metodą losową - miałem dość jazdy, zobaczyłem drogowskaz na miejscowość wypoczynkową, wycelowałem w ocean i wjechałem na pierwszy camping jaki się napatoczył. Okazało się, że był to jakiś 'exclusive' - cena dwa razy wyższa niż uprzedniej nocy i teoretycznie serwis też lepszy, ale jak się nocuje w camperze to standard samego campingu ma małe znaczenie. Miejscowość okazała się ogólnie mało ciekawa, co mogę tylko podejrzewać, bo w zasadzie poza campingiem, plażą i sklepem z butelkami nic nie zwiedzaliśmy.
dzień 3 - Lennox Head, 277 km - tym razem cel miałem upatrzony, bowiem przed wyjazdem sprawdziłem gdzie są jakieś dobre miejscówki do pływania. Wyszło, że tam. Miejscowość bardzo mała i przecudna - rozciągnięta wzdłuż pięknej plaży. Camping znaleźliśmy przy samej wodzie, ale ponieważ nie mieli miejsc - zatrzymaliśmy się na parkingu. Do plaży mieliśmy dosłownie 5 metrów, widok na ocen i szum fal przez całą noc. Wiało niestety ciut za słabo, ale i tak zleźliśmy na wodę. Cholera wie, po co... Wspaniale za to było rozwalić się wieczorem na krzesełkach i gapić w gwiazdy popijając piwko czy cokolwiek. Noc mieliśmy nieco nerwową, bowiem zaparkowani obok ludzie mówili, że za takie nocowanie już raz dostali mandat. Niby była tam tablica, że nie wolno nocować na plaży, ale czy parking przy plaży to też plaża? Mandatu na szczęście nie dostaliśmy.
Dzień 4 - Byron Bay, 15,2 km - tego dnia solidnie przywaliłem - jechałem chyba ze 30 minut, z czego 10 minut wracałem po zagubiony sandał. Byron Bay to jakaś oaza hipisów - ludzie wyluzowani maksymalnie, połowa to długowłosy brodacze (druga połowa to kobiety, też pewnie silnie owłosione), widać nowoczesne chałupy, ale między nimi pełno drewnianych domków fantazyjnie pomalowanych farbkami i obrośniętych roślinami o działaniu niechybnie zbawiennym. Oprócz tego Cape Byron jest najbardziej wschodnim kawałkiem Australii. Zrobiliśmy mu zdjęcie bo nie chciało nam się na sam cypel leźć. Z całą pewnością cypel będzie nam za to wdzięczny. Na noc zatrzymaliśmy się nieopodal - na jakimś campingu przy samej wodzie. Magda zaliczyła pierwszą i ostatnią lekcję kitesurfingu, ja sobie z Wojtkiem trochę popływałem. Pogoda zaczęła się kwasić - od południa było ponuro i popadywało. Na targu zaopatrzyliśmy się w pół tony warzyw i owoców, co zapowiadało wietrzną noc. Niestety wyłącznie wewnątrz pojazdu...
Dzien 5 - Noosa Heads, 323km - cel wybrany przypadkowo. Jak już byłem zmęczony jazdą, zatrzymaliśmy się w punkcie informacji turystycznej. Wszystkie takie punkty są znakomicie zorganizowane - pełno tam darmowych map, ulotek, kuponów zniżkowych i innych dupereli. Obsługa to zawsze starsze panie, które sprawiają wrażenie, jakby miałby jakiś osobisty interes w tym, żeby turyście dogodzić. Te niestety nie do końca potrafiły obsługiwać mapy okolicy, w której zapewne spędziły większość swego życia, ale na szczęście nie wyprowadziły mnie w maliny. Na mapie zobaczyliśmy, że za miastem można jakimś promem przepłynąć do stadniny, gdzie dzieciaki mogą sobie pojeździć na koniu czy czymś tam. Przepłynęliśmy, stadninę ominęliśmy (jakoś znakomity pomysł Magdy, żeby dzieci wsadzić na koń, nie do końca mnie przekonał) i dojechaliśmy jakąś polną drogą na plażę. Plaża była fantastyczna - zupełnie pusta (jakoś nikt więcej nie wpadł na to, żeby promem płynąć na plażę), w oddali było widać wzgórze z miasteczkiem (Noosa Heads właśnie), zaś w drugą stronę nie było widać nic poza piachem. Co chwila tylko po plaży gnała jakaś terenówka, gdyż była to najbliższa droga do Rainbow Beach i Frazer Island - kolejnych przystanków na naszej trasie. Tym razem nieźle sobie popływaliśmy na latawcach - wiało zdrowo, ale pogoda nadal była pod psem - co chwila lało.
Dzien 6 - Rainbow Beach, 101 km - plażą byłoby znacznie bliżej, ale niestety bez napędu na 4 koła nie było o czym marzyć. Pojechaliśmy więc nieco okrężną drogą. Z mapy drukowanej nic konkretnego nie wynikało - 150 km na oko, dość okrężną drogą.  Mapa GPS upierała się, że można jakoś na skróty dojechać. No więc pojechaliśmy asfaltem, który po jakimś czasie zamienił się w drogę szutrową, która za jakiś czas się skończyła tablicą informującą o niezdatności do spożycia. Pozostało jechać dalej dróżką, która zaczęła się wić przez las i wspinać na jakieś górki. Na szczęście górki się szybko skończyły i dalej droga była już prosta jak drut, szeroka jak pół autostrady i ... rozmoczona. Lało jak z cebra i nie służyło to gliniastej drodze gruntowej. Samochód co chwila nosiło na boki, do tego poprzeczne 'fale' wprawiały budę w potężne wibracje (zawsze się takie 'fale' robią na gruntowych drogach, po których pojazdy jeżdżą szybko). Jedynym lekarstwem była stara wypróbowana metoda - alleluja i do przodu! Powyżej 60 km/h już tak nie trzęsło a przy 80 km/h był już niemal luksus. Co prawda jazda przypominała bardziej łyżwiarstwo figurowe niż przyjemne wczasy z rodziną, ale dopóki nikt z załogi się nie porzygał to nie było sensu zwalniać. Nie to, żeby familijne wymiociny mogły mnie powstrzymać, ale z pewnością byłoby to mniej przyjemne niż wibracje. Po jakimś czasie wjechaliśmy na asfalt, który dowiózł nas do Rainbow Beach. W okolicy znajdują się wydmy o przeróżnych kolorach - od białego, przez pomarańczowe, czerwone, brązowe, fioletowe aż do czarnych. Miasteczko idealne - dziura totalna, jeden bar, dwa sklepy na krzyż i camping. Widok znowu cudny - ocean jak okiem sięgnąć. Pogoda już się zaczęła poprawiać - można było spokojnie plażować i jako że wiało - wreszcie się porządnie napływaliśmy! Wprawdzie prąd znosił z wiatrem strasznie, ale daliśmy jakoś radę. Magda wpadła na pomysł, żeby Rodzicom kupić wycieczkę na Fraser Island. Wyspa to jedyna w swoim rodzaju - długa na chyba ponad 100km i cała z piachu. Ma swój ekosystem, który jest pilnowany przez dość restrykcyjne przepisy - nie można dokarmiać Dingo, żreć można zresztą tylko na wyznaczonych terenach. Kupa ludzi jeździ tam wypasionymi terenówkami pomieszkać trochę pod gołym niebem. Wycieczka miała się odbyć następnego dnia z rana, Mama uprzejmie podziękowała za takie atrakcje (dość już miała wstrząsów do tej pory) i w sumie stanęło na tym, że Magda Teściowi pokaże, jak się przedstawia tutejsza fauna, flora oraz ukształtowanie terenu.
Dzień 7 - Elliot Heads, 220 km - z samego rana wybrana dwójka wsiadła w terenowy autobus a reszta została. Z tego co mówili nasi wysłannicy- było pięknie zaś Magda przekonała się, że świat jest mały. Na jednym z postojów zobaczyła gościa, który z jakichś powodów wydał jej się znajomy. Ale nie miała pojęcia skąd - ze szkoły w Sydney, jakiś klient z knajpy, znajomy znajomego? Gość też ją skądś skojarzył. Od słowa do słowa okazało się, że mieszka (wraz z żoną) w Sydney i był już jakiś punkt zaczepienia. Potem okazało się, że to Polacy. No a na koniec wyszło, że skończyli ten sam wydział w Toruniu na UMK, tyle tylko że nie trzymali się w tej samej paczce. Krótko mówiąc - Magda przejechała na drugi koniec świata spotkać kumpla ze studiów z Polski. Od powrotu z wczasów spotkaliśmy się już masę razy, Ania z Tomkiem są bardzo fajni (ogólnie jesteśmy w swoim typie), co tydzień jeżdżę grać z Tomkiem w tenisa. Poziom jest wyrównany, co nie oznacza, że któryś z nas wie o co w tym sporcie chodzi. No ale do rzeczy - w czasie jak nasi wysłannicy zwiedzali kupę piachu, my podjechaliśmy pod przestań promową, z której się wybrali i korzystając z silnego wiatru znakomicie sobie popływaliśmy! Wiało naprawdę dobrze - równo, wiatr był bardzo ciepły, woda gorąca i płytka. W pewnym momencie zobaczyłem przed sobą jakiś głaz i bardzo się  zdziwiłem , bo przed chwilą go tam nie było. Z bliska głaz okazał się być olbrzymim żółwiem, który miał mnie gdzieś i dał nura. Więcej go nie widziałem. Wielokrotnie zbliżaliśmy się do Fraser Island na rzut beretem, ale jakoś nie zdecydowaliśmy się na zdobycie wyspy. Jak już wrócili to pojechaliśmy w dalszą drogę - do miejscowości, którą wskazał nam spotkany na plaży Holender. Ponoć miały tam być bardzo dobre warunki na latawiec. Ruszyliśmy po południu i zaraz zaczęło lać. Szybko też się ściemniło, tak więc niewiele widzieliśmy z krainy trzciny cukrowej. Ja na przykład widziałem masę żab, z których spory procent nie zobaczył już nic poza bieżnikiem opony campera - w dużym zbliżeniu. Na miejsce dojechaliśmy nocą, kierowani GPS'em trafiliśmy wprost na plażę miejską, gdzie spokojnie przenocowaliśmy.
Dzień 8 -  1770, 151 km - rano okazało się, że miejsce było przecudne. Plaża u ujścia rzeki, za którą było piękne, płytkie rozlewisko. Albo coś co wygląda jak rozlewisko, ale inaczej się nazywa. Woda błękitna, że aż w oczy piekło, cholernie słona i niesamowicie czysta. Wiało tak nie za mocno, ale i tak nadmuchaliśmy latawce w nadziei, że się rozwieje. Nie rozwiało się, ale i tak trochę powalczyliśmy. Oprócz tego zaliczyliśmy pierwsze nurkowanie, łapanie rozgwiazd, gonitwy za krabami i różne inne atrakcje plażowe. Około południa ruszyliśmy dalej, kierując się do Rockhampton. Mieliśmy nadzieję zobaczyć w końcu rafę, a tam gdzieś miała się już zaczynać. Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się w nieczynnym już punkcie informacji turystycznej. Z ulotki wynikało, że z pobliskiego miasteczka o wdzięcznej nazwie 1770 można popłynąć na rafę. Z mapy wynikało, że wiedzie tam droga gruntowa. Jako że drogi gruntowe już na były niestraszne - skręciliśmy gdzie kazał przewodnik. Okazało się, że od 5 lat mają już tam asfalt, tylko żadna mapa się jeszcze o tym nie dowiedziała. Tradycyjnie dotarliśmy w środku nocy i kierując się 'papugą' wycelowaliśmy w park miejski. Parki miejskie mają to do siebie, że są tam zawsze toalety z prysznicami, place zabaw oraz grille. Kible wprawdzie zaraz zamknęli (późno już było), ale chłopacy w piżamach skakali po placu zabaw do późna. Oczywiście zrobiliśmy sobie pyszną kolację - krewetki, ośmiorniczki, małże i inne świństwa z gorącej blachy, zwanej tu szumnie 'barbecue'. Atrakcją wieczoru była kobitka koczująca w camperze obok, która nagle zaczęła w piżamie z latarką biegać wkoło samochodu. Jak już udało nam się skupić wzrok, zobaczyliśmy że miała dobry powód - po drzewie nad jej samochodem wspinał się waż mający na oko ze dwa metry bieżące. Ponoć nie był groźny, ale na wszelki wypadek tej nocy nie spaliśmy przy otwartych oknach. Rano nikogo nie brakowało.
Dzień 9 -Agnes Water, 8 km. Jak się okazało, statek odpływa z następnej dziury, 8 km dalej. Odpływa rano, tak więc jak wstaliśmy to było już po ptokach - nie załapaliśmy się. No ale kupiliśmy bilety na jutro. Żeby sobie jakoś dzień zapełnić, poszliśmy do wędkarskiego. Ponieważ zarówno Wojtas jak i ja byliśmy uczeni sztuki wędkarskiej na wyprawach z Piotrem 'Prusakiem' Prusakowskim, o rybach wiedzieliśmy tylko tyle, że lubią pływać. Dorożka ponoć nauczył się nawijać robaka na haczyk, ale nie dane nam się było o tym przekonać. Sprzedawca namówił nas na przecudny zestaw, który miał masę zalet - był mały, w komplecie były haczyki, przypony, ciężarki. No ale tak naprawdę przekonało nas to, że gratis dorzucił zegarek elektroniczny! Kupiliśmy jeszcze pół kilograma zdechłych krewetek i kierując się radami sprzedawcy ruszyliśmy na połów. Wcześniej jeszcze zaparkowaliśmy na campingu przy ujściu rzeki. Połów był w sumie udany - wszystkie krewetki zostały wystrzelone z wędki, większość z nich została zeżarta przez ryby, które były od nas sprytniejsze. Problemem okazało się znalezienie odpowiedniej metody przebijania krewetki haczykiem - jakbyśmy nie próbowali, 90% spadało zaraz po zarzuceniu wędki.  No ale parę doleciało na haku do rybek, które w konsekwencji wylądowały w wiaderku. Nie były to żadne potwory - 15 do 20 cm, ale było tego parę sztuk i na kolację starczyło.
Dzień 10 - miejsce bliżej niezidentyfikowane, 307 km. Rano zwinęliśmy się z campingu i wskoczyliśmy na statek. Dość szybki katamaran wiózł nas z godzinę do wyspy Lady Musgrave. Wycieczka była przecudna! Błękit niesamowity, rafa, bezludna wyspa (powiedzmy...), nurkowanie w otoczeniu masy rybek. Przeżycia niezapomniane do tego stopnia, że już następnego dnia mógłbym jechać 2000km żeby to znowu zobaczyć. Nie widziałem nigdy rafy na własne oczy, tak więc nie mam żadnego porównania, ale Wojtek mówił, że rana na Morzu Czerwonym jest bardziej kolorowa, ale mniej zarybiona. Niewykluczone, zwłaszcza że widzieliśmy zaledwie początek rafy, która potem cięgnie się jeszcze nie wiem ile, ale pewnie z 1000 kilometrów. Oprócz tego rafa stopniowo zdycha - ponoć od pestycydów używanych do uprawy trzciny cukrowej. Istotnie - dość spore kawałki były całkiem białe - czyli martwe. Te pozostałe były żywe, ale i tak niewiele się ruszały, ale rafa tak akurat ma i nie ma się co dziwić. Rybki za to były niezłe - jedne obojętnie przepływały przy samej masce (same też nie wyglądały wyjściowo, więc się mnie nie bały), niektóre zaciekle broniły swoich 'domków', inne omijały mnie szerokim łukiem. Jak widać ryby też różnią się temperamentem. Plan wycieczki był prosty - najpierw wyrzucili nas na wyspę, żebyśmy sobie trochę pohasali  i ponurkowali z rurką przy samym brzegu. Po jakichś 2 godzinach zabrali nas na pokład, nakarmili i wrzucili do wody. Przy statku było już głębiej (na oko z 5-6 metrów), ale blisko była rafa zanurzona pół metra pod wodą. Pływaliśmy więc z rurkami nad rafą, jak była w niej jakaś dziura to można było sobie zanurkować i się porozglądać. Fajne ryby czaiły się pod nawisami z rafy - siedziały sobie po ciemku i myślały, że ich nie zauważę. Jak dostrzegłem pierwszą, to się trochę przestraszyłem. Ja najedzony, a ona przecież mogła być głodna! Na szczęście żadna z nich nie miała wobec mnie parszywych zamiarów. Po jakimś czasie (wystarczającym, żeby się solidnie opić słonej wody) zwinęli nas na pokład i popłynęliśmy nazad. W czasie wycieczki można też było ponurkować z butlą, ale to olaliśmy. I tak miałem dość atrakcji a z butlą w sumie nie dało się zejść głębiej, niż dałem radę zejść z rurką. Fakt, że można by tam więcej czasu spędzić, ale jakoś mnie to nie kręciło. Reszty naszej ekipy również. Przydatny okazał się aparat, który zgodnie z przewidywaniami producenta jest odporny na zachlapanie i zanurzenie w zlewie. Jak się okazało, zejście na parę metrów nie zrobiło mu krzywdy, choć jego wodoodporność okazała się wątpliwa podczas późniejszego wypadu na plażę, ale to już w Sydney, więc na ten odcinek się nie załapie.
Po powrocie na brzeg niezwłocznie wpakowaliśmy się do samochodu i rura - na południe! Plan był taki, żeby dojechać do Australia Zoo - obiektu, który wprawdzie ma dużo różnego zwierza, ale interesował nas tam tylko jeden egzemplarz. Na oko było do przejechania z 500 km, więc plan był dość ambitny. Niestety spalił się w momencie wyczerpania paliwa, czyli dokładnie 307 km po starcie. Jeśli komuś mogą się przydać moje rady, to niech posłucha uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał. Rezerwa w Mercedesie starcza na około 50 km, mimo że część załogi ma inne zdanie. Jeśli trzy różne mapy podają różne lokalizacje najbliższej stacji benzynowej, to na wszelki wypadek nie ufaj żadnej i wróć do tej, o której masz pewność, że istnieje. No i rada trzecia - nocleg na stacji benzynowej nie jest taki do końca zły, o ile nie przeszkadzają Ci przelatujące równo co 30 sekund ciężarówki o długości kolejki na Gubałówkę. Skończyło się więc noclegiem pod dystrybutorem, przy czym nawet w tym momencie wybrzydzaliśmy i nie zatrzymaliśmy się na tej stacji, na której samochód już przygasał, tylko pojechaliśmy jeszcze jedną dalej. Naprawdę było tam ładniej, co mogliśmy dopiero stwierdzić z nadejściem świtu. A bak był już tak suchy, że nie mogłem odpalić, żeby się pod dystrybutor podczołgać.

Dzień 11 - Lennox Head, 375 km. Dzień zaczął się wraz z przekręceniem klucza w drzwiach stacji benzynowej. Chociaż nie - Ojciec kręcił się już dużo wcześniej a dzięki swojej masie kręcił też naszym domkiem na kółkach. Efekt tego kręcenia był taki, że zatankowaliśmy jako pierwsi i ruszyliśmy w drogę. Po jakimś czasie dojechaliśmy do Australia Zoo. Mieści się toto na północ od Brisbane, troszkę w bok od głównej drogi. Powierzchnia parkingów zapowiadała sporo. Parking przy lotnisku w Sydney jest niewiele większy. Słabe było to, że żeby się wysikać trzeba było kupić bilet. Żadnego kibla po taniej stronie bramy! Opcją było oczywiście skorzystanie z naszego pokładowego konfesjonału, ale niestety trzeba było się ograniczyć tylko do programu minimum. Na nadanie paczki nie godziła się reszta ekipy. Po drobnych niesnaskach wybraliśmy się wreszcie sforsować bramę. Okazało się, że jest akurat jakieś najważniejsze święto narodowe i w związku z tym szykowały się atrakcje wyjątkowo widowiskowe. Niestety miejscowi mają nieco zaburzone wyobrażenie widowiskowości - jednym z jaśniejszych punktów był występ gwiazdy bodajże country, gościa o nazwisku Williams. Nazwisko nic mi nie mówi, ale twarz znałem z telewizora, co pewnie można powiedzieć o połowie populacji (po pierwsze jest ich mało, po drugie są do siebie podobni). Śpiewał zgodnie z kanonami muzyki country, co uniemożliwiło mi komfortowe zaśnięcie na trybunach. No ale jako że działo się to na głównej arenie, to nie można było zwolnić miejsca, ponieważ już lada-moment miał wkroczyć do akcji najbardziej niezwykły z eksponatów - Steve Irwin, zwany też pieszczotliwie Pogromcą Krokodyli (tak, wiem że 'hunter' to nie jest 'pogromca', chociaż teoretycznie można założyć, że jeśli 'hunter' ma danego dnia szczęście to jest pogromcą). Tak czy owak, po całej serii pokazów węży, ptaków co to na gwizdek siadały pomiędzy krzesełkami, kolejnych węży, leniwych tygrysów które w dupie miały skakanie przez przeszkody, przyszedł czas na krokodyle. Na wstępie zaznaczę, że Irvina znam tylko z Animal Planet (albo z innego kanału, nie jestem pewien na czym leciał) i byłem do niego zniechęcony. Pajac z silną tendencją gwiazdorską. No ale w trakcie swojej prezentacji strasznie mnie ujął. Występował z całą rodziną, na każdym kroku zresztą podkreślają to, że jest to rodzinny interes. Miał duży dystans do swojego gwiazdorstwa (parę żartów miał niezłych, w tym kilka z samego siebie), nie oszczędzał się specjalnie (występował z nogą w jakimś usztywnieniu, skakał w te i we wte, ale popisowy numer wykonał już dyrektor Zoo. 'Jest to cena, którą jesteśmy skłonni ponieść dla waszej satysfakcji' - powiedział Irvin). Naprawdę fajne było jednak to, że jasno mówił, czemu służy ta cała szopka. Zoo wzięło się stąd, że jego ojciec zajmował się zwierzętami nieskutecznie rozjechanymi przez samochody. Nazbierała się z czasem niezła trzódka i jakoś wypadało to zagospodarować. Poznał kobitkę (on, nie ojciec), też miała na tym punkcie pewne zainteresowania i popchnęli tą ojcowską działalność dobroczynną na wyższy poziom. Zaczęli zarabiać na programach telewizyjnych, zbudowali robiące wrażenie zoo, robili co kochali i interes rozrósł się niejako wbrew ich najśmielszym oczekiwaniom. No ale wracając do rzeczy - całe to przedsięwzięcie ma bardzo duże zabarwienie edukacyjne. Na każdym kroku podkreślają znaczenie gatunków, różnorodności, odpowiedzialności za środowisko i takie tam inne pierdoły, z których mało który miastowy zdaje sobie sprawę. Główny występ był atrakcyjny - był wielki krokodyl, który czaił się w wodzie i atakował dyrektora zaopatrzonego w atrakcyjny udziec barani. No i na tym można by sprawę zakończyć, działo się już przecież sporo. Ale na szczęście komentarz do tego był taki, że w normalnym środowisku ten krokodyl siedzi w mętnej wodzie i go nie widać. Dyrektor nie jest dyrektorem tylko naiwnym turystą, nie ma udźca tylko szczoteczkę do zębów i nie nęci krokodyla celowo tylko... nieświadomie. Może dla turysty z Polski atak krokodyla brzmi nieco mało prawdopodobnie, ale w tym kraju jest to dość prawdopodobne, i dzieciaki z wycieczek szkolnych dość obrazowo przekonują się, że w pewnych sytuacjach to jednak krokodyl jest górą. Celem tego przedstawienia było więc pokazanie, w jaki sposób krokodyl namierza ofiarę, jak ją podchodzi i w jaki sposób atakuje. Nie wiem, może niepotrzebnie się podniecam, ale myślę że oprócz znaczących wpływów z biletów, efektem może być też to, że jakiś dzieciak nie da się zeżreć. A oprócz tego było widać coś, czego nie widuje się często w ogrodach zoologicznych - pasję i autentyczne zainteresowanie. Nie widzieliśmy ani jednego pracownika zabijającego czas. Każdy miał jakieś konkretne zadanie. Co chwila można było spotkać kogoś idącego z wężem, z wombatem na smyczy, z wielbłądem pod siodłem czy z czymkolwiek innym. I w sumie całą tą wizytę uznałbym za wielki sukces, gdyby nie jedna przykra sprawa. Moje fatum się przebudziło. Wizyta w pałacu królewskim w Windsorze zakończyła się pożarem, wjazd na Twin Towers też zapowiadał zniszczenie. Parę dni temu dowiedziałem się, że żółwica, która robiła jeszcze za żywy eksponat Darwinowi, zeszła. Jakimś zbiegiem okoliczności śp. Harriet, początkowo uznana za samca (to pewnie z powodu silnego zarostu na klatce piersiowej...) wylądowała właśnie w Australia Zoo i dorabiała tam do emerytury. Nie wiem na ile zaszkodziła jej moja wizyta, ale faktem jest, że skoro wytrzymała 176 lat, to pewnie mogła by się jeszcze trochę postarać. Oficjalną przyczyną zgonu była rzekomo choroba serca. Jeszcze nie skojarzono tego z moją osobą... No ale wówczas jeszcze nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy i wesoło pognaliśmy do znanego nam już Lennox Head. Nocleg na tym samym parkingu, z tym samym widokiem na ocean i gwiazdy. Było tak samo cudownie jak za pierwszym razem.

Dzień 12 - Port Stephens, 617 km. Tego dnia musieliśmy nadrabiać zaległości - gnaliśmy, żeby się terminie wyrobić z oddaniem samochodu. Przez Brisbane przelecieliśmy tym razem na przestrzał (jadąc na północ przejechaliśmy majestatycznie przez centrum) i muszę przyznać, że mi się podobało - gdzie trzeba było 4 albo i 5 pasów w jedną stronę, brak korków - totalne przeciwieństwo Sydney, gdzie pół godziny w korku w godzinach szczytu jest czymś absolutnie normalnym. Zdrowo cisnąć dojechaliśmy wreszcie w okolice Port Stephens, a dokładnie to do One Mile Beach. Mieliśmy grzać dalej, ale zaczęło ładnie wiać i głupio było tak obojętnie obok tego przejechać. Kemping okazał się elegancki, wiało należycie. Fale układały się jakoś dziwnie, ale jak się potem dowiedziałem, coś było pod wodą w paru miejscach i fale odbijały się w taki sposób, że leciały wprost na siebie i nagle wywalały w górę na podwójną wysokość. Zabawa przednia - można było skakać jak z rampy.

Dzień 13 - ostatnie 216 km do domu. Nie ma nawet o czym pisać - jechało się z poczuciem dobrze wypełnionych wakacji, chociaż nie czułem się jakoś specjalnie wypoczęty.

 

No i to by było na tyle jeśli chodzi o jakąś w miarę spójną relację. Niewiele więcej pamiętam, a nawet jeśli to i tak nie napiszę. może jeszcze tylko trochę luźnych uwag:

Jeśli gość ze sklepu monopolowego typu drive-thru mówi, że wszystko mu się w interesie mieści, to mu nie wierzcie. Camper się nie mieści. Wjechać - wjechaliśmy, ale na wyjeździe naderwaliśmy mu reklamę. Tak się tym chłop zestresował, że zamist 67$ skasował mi z karty 6.7$, o czym dowiedziałem się później.

Dorożka był święcie przekonany, że miejscowe piwo to szczyny o mocy rosołu z kurczaka i ciągnął tyle samo co samochód. Wydawało mi się, że chłop bredzi oszołomiony upałem, ale ostatnio dorwałem Żywca i zaprawdę powiadam - miejscowe piwo to szczochy!

Camper camperowi nierówny. Ten nasz niby wyglądał w porządku, ale jak się w nim pomieszkało to parę rzeczy okazało się być do bani. Np. wylot klimatyzatora mieścił się zaraz obok drzwi, czyli tam, gdzie była markiza. Jak się więc wieczorem siedziało na zewnątrz pod daszkiem, to nie można było sobie wychłodzić wnętrza przed snem, bo hałas łeb urywał. Po rozłożeniu markizy nie można było zablokować drzwi wejściowych w pozycji otwartej - źle umieszczono uchwyt blokady. Po trzech dniach deszczu kapało mi na nogę. No i najgorsza rzecz, jaka się może przytrafić - odtwarzacz CD oddaje płytę nawet wówczas, gdy stacyjka jest wyłączona. W sumie sprytnie pomyślane, ale trudno to docenić widząc Kacpra stepującego na świeżo wydobytej płycie U2.

Mapa GPS to dobry wynalazek, o ile ma wczytany aktualny stan dróg. Korzystaliśmy z programu TomTom i o ile bez zarzutu przeprowadzał nas przez tereny zamieszkane, o tyle poza miastami często się gubił. Zwłaszcza na drodze szutrowej co chwila zdawało mu się, że droga skręci, podczas gdy leciała prosto jak drut. Kazał więc zawracać, skręcać w jakieś ścieżki itp. Nie należy mu więc ufać bezgranicznie. Czasami też działa depresyjnie - osobiście wolałbym nie wiedzieć, że następny manewr odbędzie się dokładnie za 281 km i będzie to przejazd przez rondo. Na wprost.

Owady rosną w miarę przemieszczania się na północ. Robaki, muchy, motyle. Ba - nawet żaby były tam ze cztery razy większe!

 

No i na koniec żarcik:

Wpada chłop do domu późno w nocy, nieco napity i rozochocony. Szybko wskoczył do sypialni i dobiera się do żony. Udało mu się, odprawił seks ze wszystkimi figurami obowiązkowymi oraz wysokimi notami za styl. No ale po wszystkim zaschło mu w gardle, więc postanowił skoczyć do kuchni wody się napić. Wychodzi z sypialni, a tam zdziwienie - w kuchni żona siedzi naburmuszona. Chłop zdezorientowany nie wie o co chodzi ale zanim cokolwiek z siebie wydusił - z sypialni wychodzi potargana teściowa.
- To... to mamusia tam w łóżku była? A czemu mamusia nic nie powiedziała?
- No przecież ze sobą nie rozmawiamy!

Jutro przylatuje moja Najdroższa Teściowa. Muszę pamiętać, żeby za wszelką cenę podtrzymać dialog.

 

Jak kto chce - niech napisze. Czytamy tylko dobre opinie - innych nie przysyłać!

 

ZDJĘCIA      (O)POWIEŚĆ