|
Dziś
będzie tylko o wakacjach. Głupio tak się pisze po paru miesiącach - pewnie
połowy już nie pamiętam, ale może to i lepiej jak odcinek będzie miał
poniżej 15 stron A4. Zdjęć nie wstawiam, bo są już osobno na stronie.
Założenie wakacyjne było takie - do dużego campera ładuje się ekipa w składzie
Rodzice moi, Dorożka (specjalnie importowany turysta z Polski) no i my z
dzieciakami. Plan podróży zakładał, że zdecydowanie nie pojedziemy na
południe ani na zachód. Wiele opcji nam to nie zostawiało. Nie
planowaliśmy co chcemy zobaczyć bo tak naprawdę to wszystko już
widzieliśmy na National Geographic i Animal Planet. Zresztą zwiedzanie
atrakcji turystycznych to i tak tylko strata czasu. Byliśmy zacięci do
tego stopnia, że nie zabraliśmy żadnego przewodnika. Jak nam brakowało
stymulacji to braliśmy jakieś ulotki z punktów IT, po czym i tak nie było
chętnego, co by je przestudiował. Nocować mieliśmy na campingach, bo do
szczęścia brakowało nam 220V i kibla, z którego nie trzeba wynosić urobku
(ten w camperze polega na tym, że się wali do schowka i potem ktoś na
ochotnika musi z tym lecieć modląc się, żeby się potknąć).
Nie
mieliśmy pojęcia, ile kilometrów da się dziennie pokonać domem na kółkach.
Ograniczeniem był brak chętnych do kierowania - Ociec z założenia w
Australii lubi być wożony, Dorożka nie zabrał prawa jazdy (ponoć sam mu to
poradziłem i do teraz zastanawiam się, co mi rozum przesłoniło). Magda to
nawet chciałaby kierować, ale nie byliśmy jeszcze gotowi na spotkanie z
przeznaczeniem. Mama
uznała, że dałaby radę tym jechać i sama tego świadomość Jej wystarczyła a
my uwierzyliśmy na słowo - bez sprawdzania. Zostałem więc sam na placu
boju. Plac był wprawdzie wygodny, ale między mną a pasażerem tkwiła pewna
istotna przeszkoda terenowa, na której polegli wszyscy pasażerowie,
niektórzy kilkakrotnie. Rekordzista padł kilka razy jednego dnia. Była to lodówa pełna piwa i innych płynnych frykasów. Schemat był więc taki, że
wpadał ktoś na ochotnika towarzyszyć mi w szoferce, walił kilka browarów i
zasypiał. Wyrzucałem drania, ale na jego miejsce wpadał następny
spragniony, robił dokładnie to samo i znowu musiałem szukać mu zmiennika.
Przyzwyczajałem się do tego długo i do samego końca szczerze im
zazdrościłem. Raz to nawet zastrajkowałem i dość szybko przeszedłem na
dietę płynną, ale
nikt nie jakoś nie przejął się tym, że nigdzie nie pojedziemy. Strajk, na
który nikt nie zwraca uwagi nie ma większego sensu, tak więc więcej się
już nie wygłupiałem i alkoholizowałem się dopiero po robocie. Z obserwacji
wyszło nam, że optymalnie byłoby przejechać 100 km dziennie, ale w tym
tempie dopiero drugiego dnia wyjechalibyśmy z Sydney, tak więc
zwiększyliśmy minimum programowe do 300 km. Maksymalnie dało dało radę
przejechać 700km dziennie, ale wymagało to zaciśnięcia zębów i pośladków
oraz zaklejenia dzieciakom ust taśmą klejącą.
Głównymi atrakcjami wyprawy miał być kietesurfing oraz rafa. Jeśli chodzi
o to pierwsze, to była to atrakcja tylko dla małej części ekipy. Pomysł
zaproszenia na wyprawę Wojtasa był zresztą bardzo sprytny - ponieważ też
pływa na latawcu, a do tego jest ode mnie atrakcyjniejszy kulinarnie, miał
mi robić za zanętę dla rekinów. Kombinowałem, że głodny rekin prędzej
rzuci się na 90kg Dorożki niż na 75kg mnie. Podejrzewałem, że w trudnych
morskich warunkach zaopatrzeniowych 15kg żywca może być na wagę złota i
przy takim wyborze żadna bestia się na mnie nie połasi. Magda miała zamiar
też się nauczyć czegoś, ale ponieważ nie urodził się jeszcze chłop, który
dałby radę własną babę czegoś nauczyć, pierwsza lekcja była ostatnią.
Trudno się zresztą dziwić, skoro Magda uparła się ćwiczyć na plaży i
wykonała niesamowicie efektowny trick w stylu wczesnego Supermana -
kiteloop połączony z potężnym lotem poziomym. Klasnęła na piach tak, że
biust Jej się chyba o dwa numery zredukował, do tego starte łokcie i
kolana... Jak już odzyskała dech to nie powiedziała nic konkretnego o
dalszym planie treningowym. Sprzęt o dziwo pozostał nienaruszony.
Druga atrakcja wyprawy - rafa, była na tyle odległa, że raczej mieliśmy
nadzieję niż realny plan. Na oko 1500km od domu, czyli dziennie
musielibyśmy jechać więcej niż byliśmy skłonni. No ale na wszelki wypadek
nie traciliśmy nadziei.
Żeby
się relacja jakoś kupy trzymała, opiszę każdy dzień pokrótce - dokąd
dojechaliśmy, ile przejechaliśmy i co było po drodze:
Dzień 1 - Booti Booti NP, 302 km - ruszyliśmy po południu,
debiutowałem za kółkiem. Trochę się czułem nieswojo, ale szybko przywykłem
do pojazdu i sytuacji na pokładzie. Po drodze zajechaliśmy do Dżemików,
czyli do Agnieszki wraz z przyległościami (w tym ze świeżo narodzonym
Kai'em). Powiem jedno - dzieci rodzą się naprawdę małe, ale potem na
szczęście szybko nabierają masy. Jonathon pożyczył nam mapę, co niby miało
jakoś poprawić nasze zdolności nawigacyjne. Jechało się w miarę spokojnie,
rzekłbym nawet, że wręcz majestatycznie. Na noc zatrzymaliśmy się na jakimś
campingu. Ponieważ recepcja była zamknięta - rozgościliśmy się -
podpięliśmy do prądu i wody, skoczyliśmy się przekąpać w oceanie i to
by było na tyle. Dodam tylko, że kąpiel w oceanie naprawdę była cudowna -
nie szpeciło jej nawet to, że byliśmy w cywilnych gaciach i co chwila fala
próbowała czyjeś zabrać. Księżyc świecił w naszą stronę, a my w jego.
Dzień 2 - Nambucca
Heads, 225 km - rano zapłaciliśmy za camping i ruszyliśmy dalej koło
południa. Jazda koło południa ma tę dobrą stronę, że dzieciaki śpią
wówczas około dwóch godzin. Teoretycznie oczywiście, bo zależy to też od
stu innych czynników. Miejsce postoju wybrałem
metodą losową - miałem dość jazdy, zobaczyłem drogowskaz na miejscowość
wypoczynkową, wycelowałem w ocean i wjechałem na pierwszy camping jaki się
napatoczył. Okazało się, że był to jakiś 'exclusive' - cena dwa razy wyższa
niż uprzedniej nocy i teoretycznie serwis też lepszy, ale jak się nocuje w
camperze to standard samego campingu ma małe znaczenie. Miejscowość
okazała się ogólnie mało ciekawa, co mogę tylko podejrzewać, bo w zasadzie
poza campingiem, plażą i sklepem z butelkami nic nie zwiedzaliśmy.
dzień 3 - Lennox Head, 277 km - tym razem cel miałem upatrzony,
bowiem przed wyjazdem sprawdziłem gdzie są jakieś dobre miejscówki do
pływania. Wyszło, że tam. Miejscowość bardzo mała i przecudna -
rozciągnięta wzdłuż pięknej plaży. Camping znaleźliśmy przy samej wodzie,
ale ponieważ nie mieli miejsc - zatrzymaliśmy się na parkingu. Do plaży
mieliśmy dosłownie 5 metrów, widok na ocen i szum fal przez całą noc.
Wiało niestety ciut za słabo, ale i tak zleźliśmy na wodę. Cholera wie, po
co... Wspaniale za to było rozwalić się wieczorem na krzesełkach i gapić w
gwiazdy popijając piwko czy cokolwiek. Noc mieliśmy nieco nerwową, bowiem
zaparkowani obok ludzie mówili, że za takie nocowanie już raz dostali
mandat. Niby była tam tablica, że nie wolno nocować na plaży, ale czy
parking przy plaży to też plaża? Mandatu na szczęście nie dostaliśmy.
Dzień 4 - Byron Bay, 15,2 km - tego dnia solidnie przywaliłem -
jechałem chyba ze 30 minut, z czego 10 minut wracałem po zagubiony sandał. Byron Bay to jakaś oaza hipisów - ludzie
wyluzowani maksymalnie, połowa to długowłosy brodacze (druga połowa to
kobiety, też pewnie silnie owłosione), widać nowoczesne chałupy, ale między nimi pełno drewnianych
domków fantazyjnie pomalowanych farbkami i obrośniętych roślinami o
działaniu niechybnie zbawiennym. Oprócz tego Cape Byron jest najbardziej
wschodnim kawałkiem Australii. Zrobiliśmy mu zdjęcie bo nie chciało nam
się na sam cypel leźć. Z całą pewnością cypel będzie nam za to wdzięczny. Na noc zatrzymaliśmy się nieopodal - na jakimś
campingu przy samej wodzie. Magda zaliczyła pierwszą i ostatnią lekcję kitesurfingu, ja sobie z Wojtkiem trochę popływałem. Pogoda zaczęła się
kwasić - od południa było ponuro i popadywało. Na targu zaopatrzyliśmy się
w pół tony warzyw i owoców, co zapowiadało wietrzną noc. Niestety
wyłącznie wewnątrz pojazdu...
Dzien 5 - Noosa Heads, 323km - cel wybrany przypadkowo. Jak już
byłem zmęczony jazdą, zatrzymaliśmy się w punkcie informacji turystycznej.
Wszystkie takie punkty są znakomicie zorganizowane - pełno tam darmowych
map, ulotek, kuponów zniżkowych i innych dupereli. Obsługa to zawsze
starsze panie, które sprawiają wrażenie, jakby miałby jakiś osobisty
interes w tym, żeby turyście dogodzić. Te niestety nie do
końca potrafiły obsługiwać mapy okolicy, w której zapewne spędziły
większość swego życia, ale na szczęście nie wyprowadziły mnie w maliny. Na
mapie zobaczyliśmy, że za miastem można jakimś promem przepłynąć do
stadniny, gdzie dzieciaki mogą sobie pojeździć na koniu czy czymś tam.
Przepłynęliśmy, stadninę ominęliśmy (jakoś znakomity pomysł Magdy, żeby
dzieci wsadzić na koń, nie do końca mnie przekonał) i dojechaliśmy jakąś
polną drogą na plażę. Plaża była fantastyczna - zupełnie pusta (jakoś nikt
więcej nie wpadł na to, żeby promem płynąć na plażę), w oddali było widać
wzgórze z miasteczkiem (Noosa Heads właśnie), zaś w drugą stronę nie było
widać nic poza piachem. Co chwila tylko po plaży gnała jakaś terenówka,
gdyż była to najbliższa droga do Rainbow Beach i Frazer Island - kolejnych
przystanków na naszej trasie. Tym razem nieźle sobie popływaliśmy na
latawcach - wiało zdrowo, ale pogoda nadal była pod psem - co chwila lało.
Dzien 6 - Rainbow Beach, 101 km - plażą byłoby znacznie bliżej, ale
niestety bez napędu na 4 koła nie było o czym marzyć. Pojechaliśmy więc
nieco okrężną drogą. Z mapy drukowanej nic konkretnego nie wynikało - 150
km na oko, dość okrężną drogą. Mapa GPS upierała się, że można jakoś na skróty dojechać. No więc
pojechaliśmy asfaltem, który po jakimś czasie zamienił się w drogę
szutrową, która za jakiś czas się skończyła tablicą informującą o
niezdatności do spożycia. Pozostało jechać dalej dróżką, która zaczęła się
wić przez las i wspinać na jakieś górki. Na szczęście górki się szybko
skończyły i dalej droga była już prosta jak drut, szeroka jak pół
autostrady i ... rozmoczona. Lało jak z cebra i nie służyło to gliniastej
drodze gruntowej. Samochód co chwila nosiło na boki, do tego poprzeczne
'fale' wprawiały budę w potężne wibracje (zawsze się takie 'fale' robią na
gruntowych drogach, po których pojazdy jeżdżą szybko). Jedynym lekarstwem
była stara wypróbowana metoda - alleluja i do przodu! Powyżej 60 km/h już
tak nie trzęsło a przy 80 km/h był już niemal luksus. Co prawda jazda
przypominała bardziej łyżwiarstwo figurowe niż przyjemne wczasy z rodziną,
ale dopóki nikt z załogi się nie porzygał to nie było sensu zwalniać. Nie
to, żeby familijne wymiociny mogły mnie powstrzymać, ale z pewnością
byłoby to mniej przyjemne niż wibracje. Po
jakimś czasie wjechaliśmy na asfalt, który dowiózł nas do Rainbow Beach. W
okolicy znajdują się wydmy o przeróżnych kolorach - od białego, przez
pomarańczowe, czerwone, brązowe, fioletowe aż do czarnych. Miasteczko
idealne - dziura totalna, jeden bar, dwa sklepy na krzyż i camping. Widok
znowu cudny - ocean jak okiem sięgnąć. Pogoda już się zaczęła poprawiać -
można było spokojnie plażować i jako że wiało - wreszcie się porządnie
napływaliśmy! Wprawdzie prąd znosił z wiatrem strasznie, ale daliśmy jakoś
radę. Magda wpadła na pomysł, żeby Rodzicom kupić wycieczkę na Fraser Island. Wyspa to jedyna w swoim rodzaju - długa na chyba ponad
100km i cała z piachu. Ma swój ekosystem, który jest pilnowany przez dość
restrykcyjne przepisy - nie można dokarmiać Dingo, żreć można zresztą
tylko na wyznaczonych terenach. Kupa ludzi jeździ tam wypasionymi
terenówkami pomieszkać trochę pod gołym niebem. Wycieczka miała się odbyć
następnego dnia z rana, Mama uprzejmie podziękowała za takie atrakcje
(dość już miała wstrząsów do tej pory) i w sumie stanęło na tym, że Magda
Teściowi pokaże, jak się przedstawia tutejsza fauna, flora oraz
ukształtowanie terenu.
Dzień 7 - Elliot Heads, 220 km - z samego rana wybrana dwójka
wsiadła w terenowy autobus a reszta została. Z tego co mówili nasi
wysłannicy- było
pięknie zaś Magda przekonała się, że świat jest mały. Na jednym z postojów
zobaczyła gościa, który z jakichś powodów wydał jej się znajomy. Ale nie
miała pojęcia skąd - ze szkoły w Sydney, jakiś klient z knajpy, znajomy
znajomego? Gość też ją skądś skojarzył. Od słowa do słowa okazało się, że
mieszka (wraz z żoną) w Sydney i był już jakiś punkt zaczepienia. Potem
okazało się, że to Polacy. No a na koniec wyszło, że skończyli ten sam
wydział w Toruniu na UMK, tyle tylko że nie trzymali się w tej samej
paczce. Krótko mówiąc - Magda przejechała na drugi koniec świata spotkać
kumpla ze studiów z Polski. Od powrotu z wczasów spotkaliśmy się już masę
razy, Ania z Tomkiem są bardzo fajni (ogólnie jesteśmy w swoim typie), co
tydzień jeżdżę grać z Tomkiem w tenisa. Poziom jest wyrównany, co nie
oznacza, że któryś z nas wie o co w tym sporcie chodzi. No ale do rzeczy - w czasie jak
nasi wysłannicy zwiedzali kupę piachu, my podjechaliśmy pod przestań
promową, z której się wybrali i korzystając z silnego wiatru znakomicie sobie
popływaliśmy! Wiało naprawdę dobrze - równo, wiatr był
bardzo ciepły, woda gorąca i płytka. W pewnym momencie zobaczyłem przed
sobą jakiś głaz i bardzo się zdziwiłem , bo przed chwilą go tam nie
było. Z bliska głaz okazał się być olbrzymim żółwiem, który miał mnie
gdzieś i dał nura. Więcej go nie widziałem. Wielokrotnie zbliżaliśmy się
do Fraser Island na rzut beretem, ale jakoś nie zdecydowaliśmy się na
zdobycie wyspy. Jak już wrócili to pojechaliśmy w dalszą drogę - do
miejscowości, którą wskazał nam spotkany na plaży Holender. Ponoć miały
tam być bardzo dobre warunki na latawiec. Ruszyliśmy po południu i zaraz
zaczęło lać. Szybko też się ściemniło, tak więc niewiele widzieliśmy z
krainy trzciny cukrowej. Ja na przykład widziałem masę żab, z których
spory procent nie zobaczył już nic poza bieżnikiem opony campera - w dużym
zbliżeniu. Na miejsce dojechaliśmy nocą, kierowani GPS'em
trafiliśmy wprost na plażę miejską, gdzie spokojnie przenocowaliśmy.
Dzień 8 - 1770, 151 km - rano okazało się, że miejsce było
przecudne. Plaża u ujścia rzeki, za którą było piękne, płytkie rozlewisko.
Albo coś co wygląda jak rozlewisko, ale inaczej się nazywa. Woda błękitna,
że aż w oczy piekło, cholernie słona i niesamowicie czysta. Wiało tak nie
za mocno, ale i tak nadmuchaliśmy latawce w nadziei, że się rozwieje. Nie
rozwiało się, ale i tak trochę powalczyliśmy. Oprócz tego zaliczyliśmy
pierwsze nurkowanie, łapanie rozgwiazd, gonitwy za krabami i różne inne
atrakcje plażowe. Około południa ruszyliśmy dalej, kierując się do
Rockhampton. Mieliśmy nadzieję zobaczyć w końcu rafę, a tam gdzieś miała
się już zaczynać. Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się w nieczynnym już
punkcie informacji turystycznej. Z ulotki wynikało, że z pobliskiego
miasteczka o wdzięcznej nazwie 1770 można popłynąć na rafę. Z mapy
wynikało, że wiedzie tam droga gruntowa. Jako że drogi gruntowe już na
były niestraszne - skręciliśmy gdzie kazał przewodnik. Okazało się, że od
5 lat mają już tam asfalt, tylko żadna mapa się jeszcze o tym nie
dowiedziała. Tradycyjnie dotarliśmy w środku nocy i kierując się 'papugą'
wycelowaliśmy w park miejski. Parki miejskie mają to do siebie, że są tam
zawsze toalety z prysznicami, place zabaw oraz grille. Kible wprawdzie
zaraz zamknęli (późno już było), ale chłopacy w piżamach skakali po placu
zabaw do późna. Oczywiście zrobiliśmy sobie pyszną kolację - krewetki,
ośmiorniczki, małże i inne świństwa z gorącej blachy, zwanej tu szumnie 'barbecue'. Atrakcją wieczoru była
kobitka koczująca w camperze obok, która nagle zaczęła w piżamie z latarką
biegać wkoło samochodu. Jak już udało nam się skupić wzrok, zobaczyliśmy
że miała dobry powód - po drzewie nad jej samochodem wspinał się waż
mający na oko ze dwa metry bieżące. Ponoć nie był groźny, ale na wszelki
wypadek tej nocy nie spaliśmy przy otwartych oknach. Rano nikogo nie
brakowało.
Dzień 9 -Agnes Water, 8 km. Jak się okazało, statek odpływa z
następnej dziury, 8 km dalej. Odpływa rano, tak więc jak wstaliśmy to było już po ptokach -
nie załapaliśmy się. No ale kupiliśmy bilety na jutro. Żeby sobie jakoś
dzień zapełnić, poszliśmy do wędkarskiego. Ponieważ zarówno Wojtas jak i
ja byliśmy uczeni sztuki wędkarskiej na wyprawach z Piotrem 'Prusakiem'
Prusakowskim, o rybach wiedzieliśmy tylko tyle, że lubią pływać. Dorożka
ponoć nauczył się nawijać robaka na haczyk, ale nie dane nam się było o
tym przekonać. Sprzedawca namówił nas na przecudny zestaw, który miał masę
zalet - był mały, w komplecie były haczyki, przypony, ciężarki. No ale tak
naprawdę przekonało nas to, że gratis dorzucił zegarek elektroniczny!
Kupiliśmy jeszcze pół kilograma zdechłych krewetek i kierując się radami
sprzedawcy ruszyliśmy na połów. Wcześniej jeszcze zaparkowaliśmy na
campingu przy ujściu rzeki. Połów był w sumie udany - wszystkie krewetki
zostały wystrzelone z wędki, większość z nich została zeżarta przez ryby,
które były od nas sprytniejsze. Problemem okazało się znalezienie
odpowiedniej metody przebijania krewetki haczykiem - jakbyśmy nie
próbowali, 90% spadało zaraz po zarzuceniu wędki. No ale parę
doleciało na haku do rybek, które w konsekwencji wylądowały w wiaderku.
Nie były to żadne potwory - 15 do 20 cm, ale było tego parę sztuk i na
kolację starczyło.
Dzień 10 - miejsce bliżej niezidentyfikowane, 307 km. Rano
zwinęliśmy się z campingu i wskoczyliśmy na statek. Dość szybki katamaran
wiózł nas z godzinę do wyspy Lady Musgrave. Wycieczka była przecudna!
Błękit niesamowity, rafa, bezludna wyspa (powiedzmy...), nurkowanie w
otoczeniu masy rybek. Przeżycia niezapomniane do tego stopnia, że już
następnego dnia mógłbym jechać 2000km żeby to znowu zobaczyć. Nie
widziałem nigdy rafy na własne oczy, tak więc nie mam żadnego porównania,
ale Wojtek mówił, że rana na Morzu Czerwonym jest bardziej kolorowa, ale
mniej zarybiona. Niewykluczone, zwłaszcza że widzieliśmy zaledwie początek
rafy, która potem cięgnie się jeszcze nie wiem ile, ale pewnie z 1000
kilometrów. Oprócz tego rafa stopniowo zdycha - ponoć od pestycydów
używanych do uprawy trzciny cukrowej. Istotnie - dość spore kawałki były
całkiem białe - czyli martwe. Te pozostałe były żywe, ale i tak niewiele
się ruszały, ale rafa tak akurat ma i nie ma się co dziwić. Rybki za to
były niezłe - jedne obojętnie przepływały przy samej masce (same też nie
wyglądały wyjściowo, więc się mnie nie bały), niektóre zaciekle broniły
swoich 'domków', inne omijały mnie szerokim łukiem. Jak widać ryby też
różnią się temperamentem. Plan wycieczki był prosty - najpierw wyrzucili
nas na wyspę, żebyśmy sobie trochę pohasali i ponurkowali z rurką
przy samym brzegu. Po jakichś 2 godzinach zabrali nas na pokład, nakarmili
i wrzucili do wody. Przy statku było już głębiej (na oko z 5-6 metrów),
ale blisko była rafa zanurzona pół metra pod wodą. Pływaliśmy więc z
rurkami nad rafą, jak była w niej jakaś dziura to można było sobie
zanurkować i się porozglądać. Fajne ryby czaiły się pod nawisami z rafy -
siedziały sobie po ciemku i myślały, że ich nie zauważę. Jak dostrzegłem
pierwszą, to się trochę przestraszyłem. Ja najedzony, a ona przecież mogła
być głodna! Na szczęście żadna z nich nie miała wobec mnie parszywych
zamiarów. Po jakimś czasie (wystarczającym, żeby się solidnie opić słonej
wody) zwinęli nas na pokład i popłynęliśmy nazad. W czasie wycieczki można
też było ponurkować z butlą, ale to olaliśmy. I tak miałem dość atrakcji a
z butlą w sumie nie dało się zejść głębiej, niż dałem radę zejść z rurką.
Fakt, że można by tam więcej czasu spędzić, ale jakoś mnie to nie kręciło.
Reszty naszej ekipy również. Przydatny okazał się aparat, który zgodnie z
przewidywaniami producenta jest odporny na zachlapanie i zanurzenie w
zlewie. Jak się okazało, zejście na parę metrów nie zrobiło mu krzywdy,
choć jego wodoodporność okazała się wątpliwa podczas późniejszego wypadu
na plażę, ale to już w Sydney, więc na ten odcinek się nie załapie.
Po powrocie na brzeg niezwłocznie wpakowaliśmy się do samochodu i rura -
na południe! Plan był taki, żeby dojechać do Australia Zoo - obiektu,
który wprawdzie ma dużo różnego zwierza, ale interesował nas tam tylko
jeden egzemplarz. Na oko było do przejechania z 500 km, więc plan był dość
ambitny. Niestety spalił się w momencie wyczerpania paliwa, czyli
dokładnie 307 km po starcie. Jeśli komuś mogą się przydać moje rady, to
niech posłucha uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał. Rezerwa w
Mercedesie starcza na około 50 km, mimo że część załogi ma inne zdanie.
Jeśli trzy różne mapy podają różne lokalizacje najbliższej stacji
benzynowej, to na wszelki wypadek nie ufaj żadnej i wróć do tej, o której
masz pewność, że istnieje. No i rada trzecia - nocleg na stacji benzynowej
nie jest taki do końca zły, o ile nie przeszkadzają Ci przelatujące równo
co 30 sekund ciężarówki o długości kolejki na Gubałówkę. Skończyło się
więc noclegiem pod dystrybutorem, przy czym nawet w tym momencie
wybrzydzaliśmy i nie zatrzymaliśmy się na tej stacji, na której samochód
już przygasał, tylko pojechaliśmy jeszcze jedną dalej. Naprawdę było tam
ładniej, co mogliśmy dopiero stwierdzić z nadejściem świtu. A bak był już
tak suchy, że nie mogłem odpalić, żeby się pod dystrybutor podczołgać.
Dzień
11 - Lennox Head, 375 km. Dzień zaczął się wraz z przekręceniem klucza
w drzwiach stacji benzynowej. Chociaż nie - Ojciec kręcił się już dużo
wcześniej a dzięki swojej masie kręcił też naszym domkiem na kółkach.
Efekt tego kręcenia był taki, że zatankowaliśmy jako pierwsi i
ruszyliśmy w drogę. Po jakimś czasie dojechaliśmy do Australia Zoo. Mieści
się toto na północ od Brisbane, troszkę w bok od głównej drogi.
Powierzchnia parkingów zapowiadała sporo. Parking przy lotnisku w Sydney
jest niewiele większy. Słabe było to, że żeby się wysikać trzeba było
kupić bilet. Żadnego kibla po taniej stronie bramy! Opcją było oczywiście skorzystanie z naszego pokładowego
konfesjonału, ale niestety trzeba było się ograniczyć tylko do programu
minimum. Na
nadanie paczki nie godziła się reszta ekipy. Po drobnych niesnaskach
wybraliśmy się wreszcie sforsować bramę. Okazało się, że jest akurat
jakieś najważniejsze święto narodowe i w związku z tym szykowały się
atrakcje wyjątkowo widowiskowe. Niestety miejscowi mają nieco zaburzone
wyobrażenie widowiskowości - jednym z jaśniejszych punktów był występ gwiazdy bodajże
country, gościa o nazwisku Williams. Nazwisko nic mi nie mówi, ale twarz
znałem z telewizora, co pewnie można powiedzieć o połowie populacji (po
pierwsze jest ich mało, po drugie są do siebie podobni). Śpiewał zgodnie z
kanonami muzyki country, co uniemożliwiło mi komfortowe zaśnięcie na
trybunach. No ale jako że działo się to na głównej arenie, to nie można
było zwolnić miejsca, ponieważ już lada-moment miał wkroczyć do akcji
najbardziej niezwykły z eksponatów - Steve Irwin, zwany też pieszczotliwie
Pogromcą Krokodyli (tak, wiem że 'hunter' to nie jest 'pogromca', chociaż
teoretycznie można założyć, że jeśli 'hunter' ma danego dnia szczęście to
jest pogromcą). Tak czy owak, po całej serii pokazów węży, ptaków co to na
gwizdek siadały pomiędzy krzesełkami, kolejnych węży, leniwych tygrysów
które w dupie miały skakanie przez przeszkody, przyszedł czas na
krokodyle. Na wstępie zaznaczę, że Irvina znam tylko z Animal Planet (albo
z innego kanału, nie jestem pewien na czym leciał) i byłem do niego
zniechęcony. Pajac z silną tendencją gwiazdorską. No ale w trakcie swojej
prezentacji strasznie mnie ujął. Występował z całą rodziną, na każdym
kroku zresztą podkreślają to, że jest to rodzinny interes. Miał duży
dystans do swojego gwiazdorstwa (parę żartów miał niezłych, w tym kilka z
samego siebie), nie oszczędzał się specjalnie (występował z nogą w jakimś
usztywnieniu, skakał w te i we wte, ale popisowy numer wykonał już
dyrektor Zoo. 'Jest to cena, którą jesteśmy skłonni ponieść dla waszej
satysfakcji' - powiedział Irvin). Naprawdę fajne było jednak to, że jasno
mówił, czemu służy ta cała szopka. Zoo wzięło się stąd, że jego ojciec
zajmował się zwierzętami nieskutecznie rozjechanymi przez samochody.
Nazbierała się z czasem niezła trzódka i jakoś wypadało to zagospodarować.
Poznał kobitkę (on, nie ojciec), też miała na tym punkcie pewne
zainteresowania i popchnęli tą ojcowską działalność dobroczynną na wyższy
poziom. Zaczęli zarabiać na programach telewizyjnych, zbudowali robiące
wrażenie zoo, robili co kochali i interes rozrósł się niejako wbrew ich
najśmielszym oczekiwaniom. No ale wracając do rzeczy - całe to
przedsięwzięcie ma bardzo duże zabarwienie edukacyjne. Na każdym kroku
podkreślają znaczenie gatunków, różnorodności, odpowiedzialności za
środowisko i takie tam inne pierdoły, z których mało który miastowy zdaje
sobie sprawę. Główny występ był atrakcyjny - był wielki krokodyl, który
czaił się w wodzie i atakował dyrektora zaopatrzonego w atrakcyjny udziec
barani. No i na tym można by sprawę zakończyć, działo się już przecież
sporo. Ale na szczęście komentarz do tego był taki, że w normalnym
środowisku ten krokodyl siedzi w mętnej wodzie i go nie widać. Dyrektor
nie jest dyrektorem tylko naiwnym turystą, nie ma udźca tylko szczoteczkę
do zębów i nie nęci krokodyla celowo tylko... nieświadomie. Może dla
turysty z Polski atak krokodyla brzmi nieco mało prawdopodobnie, ale w tym
kraju jest to dość prawdopodobne, i dzieciaki z wycieczek szkolnych dość
obrazowo przekonują się, że w pewnych sytuacjach to jednak krokodyl jest
górą. Celem tego przedstawienia było więc pokazanie, w jaki sposób
krokodyl namierza ofiarę, jak ją podchodzi i w jaki sposób atakuje. Nie
wiem, może niepotrzebnie się podniecam, ale myślę że oprócz znaczących
wpływów z biletów, efektem może być też to, że jakiś dzieciak nie da się
zeżreć. A oprócz tego było widać coś, czego nie widuje się często w
ogrodach zoologicznych - pasję i autentyczne zainteresowanie. Nie
widzieliśmy ani jednego pracownika zabijającego czas. Każdy miał jakieś
konkretne zadanie. Co chwila można było spotkać kogoś idącego z wężem, z
wombatem na smyczy, z wielbłądem pod siodłem czy z czymkolwiek innym. I w
sumie całą tą wizytę uznałbym za wielki sukces, gdyby nie jedna przykra
sprawa. Moje fatum się przebudziło. Wizyta w pałacu królewskim w Windsorze
zakończyła się pożarem, wjazd na Twin Towers też zapowiadał zniszczenie.
Parę dni temu dowiedziałem się, że żółwica, która robiła jeszcze za żywy
eksponat Darwinowi, zeszła. Jakimś zbiegiem okoliczności śp. Harriet,
początkowo uznana za samca (to pewnie z powodu silnego zarostu na klatce
piersiowej...) wylądowała właśnie w Australia Zoo i dorabiała tam do
emerytury. Nie wiem na ile zaszkodziła jej moja wizyta, ale faktem jest,
że skoro wytrzymała 176 lat, to pewnie mogła by się jeszcze trochę
postarać.
Oficjalną przyczyną zgonu była rzekomo choroba serca. Jeszcze nie
skojarzono tego z moją osobą... No ale wówczas jeszcze nie zdawaliśmy
sobie z tego sprawy i wesoło pognaliśmy do znanego nam już Lennox Head.
Nocleg na tym samym parkingu, z tym samym widokiem na ocean i gwiazdy.
Było tak samo cudownie jak za pierwszym razem.
Dzień 12 - Port Stephens, 617 km. Tego dnia musieliśmy nadrabiać
zaległości - gnaliśmy, żeby się terminie wyrobić z oddaniem samochodu.
Przez Brisbane przelecieliśmy tym razem na przestrzał (jadąc na północ
przejechaliśmy majestatycznie przez centrum) i muszę przyznać, że mi się
podobało - gdzie trzeba było 4 albo i 5 pasów w jedną stronę, brak korków
- totalne przeciwieństwo Sydney, gdzie pół godziny w korku w godzinach
szczytu jest czymś absolutnie normalnym. Zdrowo cisnąć dojechaliśmy
wreszcie w okolice Port Stephens, a dokładnie to do One Mile Beach.
Mieliśmy grzać dalej, ale zaczęło ładnie wiać i głupio było tak obojętnie
obok tego przejechać. Kemping okazał się elegancki, wiało należycie. Fale
układały się jakoś dziwnie, ale jak się potem dowiedziałem, coś było pod
wodą w paru miejscach i fale odbijały się w taki sposób, że leciały wprost
na siebie i nagle wywalały w górę na podwójną wysokość. Zabawa przednia -
można było skakać jak z rampy.
Dzień 13 - ostatnie 216 km do domu. Nie ma nawet o czym pisać -
jechało się z poczuciem dobrze wypełnionych wakacji, chociaż nie czułem
się jakoś specjalnie wypoczęty.
No i to
by było na tyle jeśli chodzi o jakąś w miarę spójną relację. Niewiele
więcej pamiętam, a nawet jeśli to i tak nie napiszę. może jeszcze tylko
trochę luźnych uwag:
Jeśli
gość ze sklepu monopolowego typu drive-thru mówi, że wszystko mu się w
interesie mieści, to mu nie wierzcie. Camper się nie mieści. Wjechać -
wjechaliśmy, ale na wyjeździe naderwaliśmy mu reklamę. Tak się tym chłop
zestresował, że zamist 67$ skasował mi z karty 6.7$, o czym dowiedziałem
się później.
Dorożka był święcie przekonany, że miejscowe piwo to szczyny o mocy
rosołu z kurczaka i ciągnął tyle samo co samochód. Wydawało mi się, że
chłop bredzi oszołomiony upałem, ale ostatnio dorwałem Żywca i zaprawdę
powiadam - miejscowe piwo to szczochy!
Camper
camperowi nierówny. Ten nasz niby wyglądał w porządku, ale jak się w nim
pomieszkało to parę rzeczy okazało się być do bani. Np. wylot
klimatyzatora mieścił się zaraz obok drzwi, czyli tam, gdzie była markiza.
Jak się więc wieczorem siedziało na zewnątrz pod daszkiem, to nie można
było sobie wychłodzić wnętrza przed snem, bo hałas łeb urywał. Po
rozłożeniu markizy nie można było zablokować drzwi wejściowych w pozycji
otwartej - źle umieszczono uchwyt blokady. Po trzech dniach deszczu kapało
mi na nogę. No i najgorsza rzecz, jaka się może przytrafić - odtwarzacz CD
oddaje płytę nawet wówczas, gdy stacyjka jest wyłączona. W sumie sprytnie
pomyślane, ale trudno to docenić widząc Kacpra stepującego na świeżo
wydobytej płycie U2.
Mapa
GPS to dobry wynalazek, o ile ma wczytany aktualny stan dróg.
Korzystaliśmy z programu TomTom i o ile bez zarzutu przeprowadzał nas
przez tereny zamieszkane, o tyle poza miastami często się gubił. Zwłaszcza
na drodze szutrowej co chwila zdawało mu się, że droga skręci, podczas gdy
leciała prosto jak drut. Kazał więc zawracać, skręcać w jakieś ścieżki
itp. Nie należy mu więc ufać bezgranicznie. Czasami też działa depresyjnie
- osobiście wolałbym nie wiedzieć, że następny manewr odbędzie się
dokładnie za 281 km i będzie to przejazd przez rondo. Na wprost.
Owady
rosną w miarę przemieszczania się na północ. Robaki, muchy, motyle. Ba -
nawet żaby były tam ze cztery razy większe!
No i na
koniec żarcik:
Wpada
chłop do domu późno w nocy, nieco napity i rozochocony. Szybko wskoczył do
sypialni i dobiera się do żony. Udało mu się, odprawił seks ze wszystkimi
figurami obowiązkowymi oraz wysokimi notami za styl. No ale po wszystkim
zaschło mu w gardle, więc postanowił skoczyć do kuchni wody się napić.
Wychodzi z sypialni, a tam zdziwienie - w kuchni żona siedzi naburmuszona.
Chłop zdezorientowany nie wie o co chodzi ale zanim cokolwiek z siebie
wydusił - z sypialni wychodzi potargana teściowa.
- To... to mamusia tam w łóżku była? A czemu mamusia nic nie powiedziała?
- No przecież ze sobą nie rozmawiamy!
Jutro
przylatuje moja Najdroższa Teściowa. Muszę pamiętać, żeby za wszelką cenę
podtrzymać dialog.
Jak kto chce - niech napisze. Czytamy tylko
dobre opinie - innych nie przysyłać! |