Odcinek 1 - 04.03.2004

 

Już od samego lotniska mieliśmy problemy – okazało się, że mieliśmy błędne informacje odnośnie ilości bagaży, jakie możemy ze sobą zabrać. Wiedzieliśmy o 20-kilogramowym limicie na bagaż główny oraz o limicie rozmiarowym na bagaż podręczny. Strategia polegała więc na delikatnym przekroczeniu limitu w trzech wielkich walizach i zabraniu wszystkiego co najcięższe w podręczny. Prawda okazała się bolesna – jedna sztuka podręcznego nie może być cięższa niż 8 kg. Nasz podręczny rekordzista miał około 30 kg, tak więc problem mieliśmy spory, zwłaszcza że nie byliśmy przygotowani na przyspieszone sortowanie. Jakimś cudem udało nam się zrobić dobre (lub może raczej – żałosne) wrażenie na pani od bagaży, bo zgodziła się przymknąć oko i puścić dodatkowy bagaż główny (czyli 20 kg extra!), ale i tak oznaczało to dla nas rezygnację z całej masy rzeczy. W ostatnim przebłysku wpadłem na to, że dużo ciężkiej drobnicy zmieści się do kurtki, którą mam prawo wnieść na pokład na sobie, tak więc na prześwietleniu wyglądałem trochę jak ten gość z reklamy Nokii – w kieszeniach telefony, płyty, discman, walkman, jakaś książka itp. Brakowało tylko drukarki. Pomysł sprytny, ale jak to potem musiałem na sobie nosić np. na lotnisku w Hong Kongu przy 20 Celsjuszach to już swej błyskotliwości nie oceniałem tak wysoko – pot leciał ze mnie że aż niemiło. Do tego oczywiście leciał z nami wózek Mateusza, który również wolno nam było wnieść na pokład. No i aparat fotograficzny oraz komputer podręczny można również wnieść ze sobą. Aparat mam spory a do torby od komputera weszła cała masa książek, tak więc byłem co najmniej dobrze dociążony – huragan by mi nie dał rady! No – ale mniejsza o to – jakoś się zabraliśmy i wystartowaliśmy do Londynu.

Mateusz był już od dawna przygotowywany do tego, że wkrótce oderwie się od ziemi i że nie będzie to nic strasznego. Posadziliśmy go więc przy oknie żeby zobaczył jak Babcia z Dziadkiem do niego machają (było ich widać na tarasie obserwacyjnym jak staliśmy przy rękawie na lotnisku). Samolot podjechał na koniec pasa, dał po garach i wystartował. Mateusz w tym samym czasie wystartował ze swoimi obawami. W kółko powtarzał „Tatusiu, ja spadnę” oraz „Tatusiu, ja chcę wylądować”. Jakoś nie mógł się zdecydować, w jakim stylu chce wrócić na ziemię. Oczywiście zaczął do tego chlipać i wyglądał na zdrowo wystraszonego. Na szczęście dość szybko przestało rzucać i się uspokoił. Przy lądowaniu oczywiście obawy wróciły, ale lądowanie ostatecznie je rozwiało. Przy okazji trochę podnieśliśmy nasz autorytet w oczach dziecka przekonując go to tezy, że z nami zawsze bezpiecznie wyląduje. Jak do tej pory się sprawdza. W Londynie szybka przesiadka – podręczny pod rękę (lub raczej – po ręce, na szyję, w zęby, jedna torba kopem popychana przed sobą itp.). No bo przecież Magda musiała nieść Mateusza, który idąc sam nie potrafi utrzymać zadanego kierunku dłużej niż przez jakieś 2-3 metry. Mogłem wykorzystać wózek Mateusza do przewozu bagaży, ale niestety nie wszystko na niego weszło. Tak czy owak – obsługa patrzyła na nas z niedowierzaniem. Na lotnisku trzeba było się przedostać z jednego terminalu na drugi za pomocą autobusu, który miał same wady – jechał po złej stronie ulicy, zbyt szybko brał zakręty (na swej trasie miał same zakręty) oraz kluczył między samolotami stojącymi przy rękawach. Przesiadka zajęła nam tyle czasu, że do drugiego samolotu wsiedliśmy 10 minut przed odlotem. Okazało się również, że w naszym małym lotowskim samolocie wózek zmieścił się do środka (nawet leciał w pierwszej klasie) a w Jumbo Jecie jakoś nie wlazł i musieliśmy go zostawić przy bramce, żeby go zabrali do bagażnika.

Drugi odcinek miał prawie 12 godzin długości, więc zapowiadało się nieciekawie. Na szczęście samolot był dużo wygodniejszy. Myślałem, że polecimy znów tą samą trasą nad Polską, ale poleciał jakoś inaczej – nad Holandią, potem na północ pod szwedzką granicą, potem nieco na południe od Finlandii, na północ od Moskwy i nad Uralem zasnąłem. Z tego co potem można było zobaczyć na mapie w telewizorze to zaraz za Uralem skręcił nieco na południe i mniej więcej po prostej walił na Hong Kong. Liczyłem na to, że zobaczę Wielki Mur, ale zdaje się że go przespałem. Za to potem widziałem całą masę bardzo ciekawych krajobrazów – warto by się jednak przejechać przez Chiny! Trochę dłużej by zeszło ale zdecydowanie warto.

Plan zakładał, że po wylądowaniu w Hong Kongu dajemy bagaż podręczny do przechowalni i walimy na miasto. Pojawił się jednak problem – Mateuszowy wózek nie doleciał. Czekaliśmy z godzinę jak osły aż się upewnią że go zgubili, po czym zostawiliśmy bambetle w przechowalni i z Mateuszem na plecach wskoczyliśmy do kolejki do miasta. Warto by jeszcze wspomnieć o samym lotnisku – czegoś tak wielkiego i tak sensownie zorganizowanego jeszcze nie widziałem. Heathrow w Londynie to przy tym zapyziały dworzec PKP z czasów Mieszka I. Przeskok z jednego końca lotniska w drugi zajmuje maksymalnie jakieś 20-25 minut, przy rękawach może być jednocześnie coś ponad 150 samolotów, do tego całe lotnisko mieści się na sztucznie zrobionej wyspie jakieś 15 km za miastem, do którego można dojechać w jakieś 25 minut specjalną kolejką. To tak pokrótce bo spokojnie mógłbym o tym napisać kilka stron. Módlcie się żebym się nie skusił!

Na lotnisku robili jeszcze jakieś jaja z prześwietlaniem kamerą termowizyjną na okoliczność ptasiej grypy – byłem nieco przegrzany z bagażami, których już nie mogłem wieźć na wózku, więc nieco się obawiałem tej kamery, ale jakoś się udało. Do tego trzeba było wypełnić masę papierów, które potem pomogą im prześledzić rozwój epidemii, ale jakoś nikt nie sprawdzał czy to co wpisaliśmy ma się jakoś do rzeczywistości, tak więc te kwity bardziej wkurzały niż miały sens. Urzędnik emigracyjny nie robił problemów i chińskie pieczątki w paszporcie mieliśmy od ręki. Szybko do przechowalni (płatne od sztuki bagażu, więc musieliśmy sprytnie połączyć poszczególne sztuki w większe całości) i do kolejki. Kolejka - bomba! – czyściutko, cichutko, bez rzucania na zwrotnicach. Bez jakiegokolwiek rzucania. Wysiadka w mieście i pierwsze opadnięcie szczęki – czysto niesamowicie! Po wyjściu z dworca na ulicy dalej tak samo czysto. Po wejściu w jakąś boczną uliczkę – dalej czysto. Było tak czysto, że po wykopaniu czegoś z nosa człowiek na wszelki wypadek szukał śmietnika. Nie ja oczywiście, bo ja oczywiście nie kopię, a fe! – jakiś czysto hipotetyczny człowiek. Do tego kartki z przykładowymi karami za zaśmiecanie – np. palenie w miejscu to tego nieprzeznaczonym (czyli chyba wszędzie) kosztuje 5000 HK$ (na oko nieco ponad 600 US$). W czasie całej wycieczki napotkałem jednego palacza – oczywiście białego. Albo był bardzo bogaty, albo udało mu się znaleźć miejsce, w którym można legalnie dymić. Albo nie umiał czytać.

Z atrakcji turystycznych wybraliśmy wjazd kolejką torową na górę wznoszącą się zaraz przy centrum (tak prawdę mówiąc samo miasto jest dość ciasno upchane między wzgórzami i wygląda jakby było tam tylko centrum – dalej też coś jest, ale widoczność była słaba i wzgórza zasłaniały). Widok niezły – coś jak Manhattan tylko na mniejszej powierzchni i bez jakiejkolwiek regularności w przebiegu ulic. Na górze były oczywiście sklepy, knajpy (zaliczyliśmy debiut z pałeczkami, ale Magda zmiękła i po kilku minutach poprosiła jednak o widelce. Trudno się dziwić – jadła rosół z bardzo długim makaronem), punkt obserwacyjny i droga powrotna na dół. Następnie przepłynęliśmy się jeszcze promem na drugą stronę miasta (po drugiej stronie zatoki), ale czasu mieliśmy już tak mało, że nie wysiedliśmy z promu. Dodatkowa zaleta takiego rozwiązania polega na tym, że nie musieliśmy płacić za bilet powrotny – nie mieliśmy okazji przejść obok kasy i gość z obsługi uznał, że nie musimy iść po bilet. Wprawdzie i tak kosztował grosze, ale jaka satysfakcja! Nie ma to jak polscy turyści… Potem z powrotem w pociąg i na lotnisko.

Z rzeczy, które nas zaciekawiły, warto jeszcze wspomnieć o ewidentnym braku miejsca – mają go tak mało, że wykorzystują każdą szparę na zbudowanie domu albo jeszcze lepiej – wieżowca. Fajne były zwłaszcza budynki, które stopniowo się rozszerzały w miarę przyrostu pięter – widziałem takie dwa i muszę przyznać, że jest sprytny sposób na obejście ograniczeń wynikających z małej działki. Tylko sąsiedzi nie mogą wpaść na ten sam pomysł! Roślinność przedziwna – u nas typowa dla szklarnianych ogrodów botanicznych. Do tego strasznie dużo Chińczyków, czemu akurat trudno się dziwić.

Na lotnisku szybki sprint po sklepach wolnocłowych, zakup aparatu (jeśli chodzi o atrakcyjność cen w sklepach wolnocłowych to jest to na tej trasie gówno prawda), kolejny sprint do samolotu, ominięcie kolejki (z racji dziecka na ręku), sprawdzenie czy wózek w międzyczasie doleciał (nie doleciał) i start. Ponownie lot w nocy – tym razem 9 godzin nad Indonezją bodajże, potem nad Australią. Rozjaśniło się akurat nad tą drugą i nie wyglądało to ciekawie – wszędzie czerwona ziemia, ani śladu wody (ale dużo było wyschniętych koryt – rzecznych oczywiście), z rzadka jakaś prosta jak drut droga gruntowa, pojedyncze zabudowania co jakieś kilkadziesiąt kilometrów i tak prawie pod samo Sydney. Nieco przed lądowaniem zaczęła się zagęszczać zabudowa, pojawiły się niskie góry obrośnięte jakąś szaro-burą roślinnością (teraz już wiem że to tzw. Blue Mountains – lokalna atrakcja turystyczna pierwszej jasności – za parę tygodni tam jedziemy na mały rekonesans). Zaraz potem były przedmieścia ciągnące się przez dobre kilkadziesiąt kilometrów. Potem lądowanie, paszport i po bagaże. No i tu nas spotkał kolejny cios – nie doleciała waliza z rzeczami Mateusza i niektórymi Magdy. Siedzieliśmy przy taśmociągu z 20 minut i nie wyjechała. Poszedłem poszukać przy innych taśmociągach i w bagażach nadwymiarowych – tu spotkała nas niespodzianka – wózek się odnalazł. No ale waliza się nie odnalazła. A na wózku już i tak postawiliśmy krzyżyk, więc nawet nas nie cieszyło to cudowne odnalezienie tak jak powinno.

Na szczęście czekał na nas umówiony transport z uczelni – gość zapakował nas i 4 inne osoby do minibusa, walizy na przyczepkę i w drogę. Oczywiście po niewłaściwej stronie ulicy… Od samego początku z racji załatwiania reklamacji bagażu musiałem z nim sporo pogadać i muszę rozwiać pogłoski o niemożliwości zrozumienia Australijczyka – da się zrozumieć. Trzeba tylko popuścić wodze fantazji i zwracać uwagę na mowę ciała – jak nie załapiesz jakiegoś słowa to zawsze może załapiesz jakiś gest. Ale najlepsze jest mówienie – czasem specjalnie faflunię jak Brando w „Ojcu Chrzestnym” a oni wszystko rozumieją – jaja jak berety! Odnoszę nawet wrażenie, że im bardziej faflunię – tym lepiej. Chyba, że oni robią tak jak ja czasem – mówią, że wiedzą o co chodzi i robią mądrą minę.

Rzeczy, które nas zadziwiły – upał, którego akurat można się było spodziewać oraz roślinność – jak w ogrodzie botanicznym. Coś jak w Hong Kongu tylko bardziej. To, co u nas rośnie w doniczce – tutaj jest drzewem. Tak to można najkrócej ująć. Do tego jakieś dziwne ptactwo – trzeba kupić jakiś atlas czy coś, bo nie wiadomo, czego się można spodziewać po poszczególnych stworach. Po papugach wiadomo – drą mordy niesamowicie. A że występują w kilku rozmiarach to obskakują wokalnie całą skalę – robi się to męczące zwłaszcza pod wieczór.

Jeszcze z Polski zamówiliśmy sobie tymczasowe zakwaterowanie w akademiku (na tydzień – do czasu wynajęcia jakiegoś mieszkania). Oczywiście żeby nie było tak od razu fajnie – okazało się, że mają pokój, ale tylko dla mnie – mimo że wyraźnie oznajmiałem, że będzie nas nieco więcej. Zrobiło się małe zamieszanie – na gwałt szukali innego pokoju i znaleźli w końcu mieszkanie, w którym zazwyczaj mieszkają goście dziekana (tak mi przynajmniej wyszło z tłumaczenia napisów na planie akademika). Mieszkanie niczego sobie – sypialnia, duży pokój, kuchnia, łazienka i pralnia. Tylko wszystko jakieś takie militarne – nie było np. ścian gładkich tylko z cegły. I to nie z takiej ładnej klinkierowej tylko z jakiejś takiej gliniano-piaskowej. Okna miały minimalną powierzchnię dopuszczalną przepisami – ma to pewnie swoje plusy w czasie upałów, ale minus jest taki, że w środku było ciemno całą dobę. Do tego te ich okna – odsuwane do góry, jednoszybowe (nie dziwota, że tak gorąco w dzień – żadnej izolacji toto nie daje). Tak czy owak mieszkało się fajnie, ale do czasu. Dokładnie to przez tydzień. Oczywiście nie znaleźliśmy przez ten czas żadnego mieszkania. Poprosiliśmy, więc o przyznanie dodatkowych paru dni. Niestety to mieszkanie mieli już zaklepane dla kogoś innego, więc wygonili nas na drugą stronę ulicy, gdzie ta sama instytucja (czyli Dunmore Lang College) miała jeszcze jeden budynek. Tam było nieco przyjemniej – ściany wyglądały normalnie, było sporo okien, bardzo duży balkon i ten sam zestaw pomieszczeń tylko bez pralni. Ogólnie bardzo miło, tylko cena za to wszystko zaczynała nas przerastać. Jeden dzień kosztował jakieś 85 A$ i nie byliśmy przygotowani na takie poświęcenie. Z góry założyliśmy więc, że jeśli nie znajdziemy mieszkania za dzień-dwa, to spadamy do centrum do jakiegoś schroniska. Z badań ofert wynikało, że schroniska posiadają bardzo wysoki standard, tak więc nie było to nadmiernie przerażająca alternatywa. W zasadzie to już po tym pierwszym tygodniu mieliśmy się wynosić, ale pojawiły się pewne dodatkowe okoliczności, o których za chwilę.

No właśnie – sprawa, która sprawiła nam całą masę stresów, czyli szukanie mieszkania. Spodziewaliśmy się, że będzie to coś na zasadzie kupna Anonsów, sprawdzenia co kto ma i za ile, odwiedzenia paru chałup w odległości rzutu beretem i wprowadzenie się do najfajniejszej. Niestety – procedura okazała się być bardziej skomplikowana. Po pierwsze – niemal nie zdarza się, żeby ktokolwiek samemu wynajmował własne mieszkanie. W 99% przypadków zajmują się tym agencje nieruchomości. Każda z nich (a w każdej dzielnicy jest po około 5 agencji) posiada własną ofertę. W zdecydowanej większości skupiają się na sprzedaży (wiadomo – żyją przecież z prowizji…), ale czasem trafiają się też oferty wynajmu – średnio każda ma po około 5 do 15 ofert. Tak przynajmniej wynika z naszych dość dokładnych analiz. Procedura wynajmu nie polega jednak na tym, że wpada się do agencji jak po ogień, patrzy na zdjęcia, pokazuje paluchem i rzuca forsę na stół. Bardziej przypomina to ceremonię zaręczyn w tradycyjnych społecznościach hinduskich. Najsampierw, więc należy się zaopatrzyć w tak zwane ogólne pojęcie o tym, co jest na rynku. Należy więc przejść się po agencjach i zebrać materiały do długich analiz na klopie. Na tym etapie wybieramy co nas interesuje – nie podaje się tutaj metrażu mieszkania lecz liczbę sypialni – my wybraliśmy dwie. No bo my i Mateusz razem z Modelem 2004. Przy okazji takich dwóch sypialni w standardzie jest pokój dzienny, kuchnia, łazienka, czasem jeszcze garaż, przy droższych ofertach również basen w tym samym budynku. Z góry ustaliliśmy, że nie zamierzamy wydać na mieszkanie więcej niż 250 A$ tygodniowo (czynsz oblicza się tygodniowo, płaci się co dwa tygodnie) – w sumie to nie wiadomo skąd się nam to się wzięło. Z jednej strony to jest dość niska cena za 2 sypialnie, z drugiej tak jest dużo łatwiej obliczać czynsz miesięczny – a co za tym idzie również roczny J. No więc jesteśmy na etapie określonego celu. Teraz sprawa się komplikuje, bowiem pojawia się rozdroże – dwie opcje. Jedna to jest czekanie na sobotnie wydanie tutejszej gazety The Sydney Morning Herald (około 5 kg żywej wagi, 200 stron, 15 wkładek – Wyborcza się chowa w pierwszym rozdziale tej bestii, na której wydanie niecierpliwie czekają handlarze makulaturą), gdzie w dziale properties można poznać godziny zwiedzania bez przewodnika. Polega to na tym, że dane mieszkanie zostaje określone jako open for inspection i można sobie w danym momencie (około pół godziny) wpaść i się porozglądać. Jest to jednak oferta typu last minute – gazeta ukazuje się rano a oglądanie kończy się jakoś koło obiadu. Albo ma się refleks, albo mieszka się… no właśnie – albo się nie mieszka. Druga opcja polega na tym, że dzwoni się do poszczególnych agencji (nie ma po co iść bo i tak siedzi tam tylko sekretarka która może cię ewentualnie przełączyć do agentów kręcących się po mieście – w biurze w zasadzie sama siedzi) aby umówić się na zwiedzanie z przewodnikiem. Prawie jak na Wawelu. Tylko dużo więcej trzeba się namęczyć, bo agenci dają do zrozumienia, że woleliby cały dzień z jednym klientem dom oglądać niż z dwudziestoma mieszkania rozrzucone po całym mieście. Nie dziwię się – prowizja!

No więc w sobotę mieliśmy gazetę, ale nie wiedzieliśmy o tym zwiedzaniu bez przewodnika – przeczytaliśmy ogłoszenia, pokręciliśmy głowami i nie wiedząc o co chodzi z tą inspekcją – zaczekaliśmy do poniedziałku. No bo w soboty z zasady nikt tu nie pracuje i dzwonienie do agencji w sprawie mieszkania nie ma większego sensu. W poniedziałek obudziliśmy się więc z ręką w nocniku. Pozostało nam więc tylko telefoniczne lizanie po pupci agentów od nieruchomości i umawianie się na zwiedzanie z przewodnikiem. Udało nam się namówić tylko dwoje – jeden był wolny we wtorek, druga (bo to kobitka była) miała ewentualnie trochę czasu w środę.

Oczywiście czytanie ogłoszeń jest sporą umiejętnością samą w sobie! Interesujące nas mieszkanie było opisane dokładnie tak: 2 bdr apt, wlk bus, blt. ins, intl. lndr, grg, blc. Kto wie co to oznacza? Ano ni mniej ni więcej tylko – 2 sypialnie, przystanek w odległości do przejścia (czyli bardzo blisko), wbudowane szafy, pralnia wewnątrz (taki zakątek na pralkę w ramach łazienki), garaż oraz balkon. Trochę nam zeszło zanim żeśmy to rozkodowali, a to akurat było jedno z prostszych.

Przeczuwając niebezpieczeństwo oraz złośliwość tutejszych procedur zapoznaliśmy się z tym, co nam grozi już po inspekcji. Sprawa rysowała się niewyraźnie – albo raczej rysowała się wyraźnie na naszą niekorzyść. Generalnie to nie jest tak, że to ty wybierasz co wynajmiesz. To raczej właściciel wybiera komu wynajmie. Coś jak wybory miss polonia, tylko jeszcze bardziej nie wiadomo o co chodzi. Z jednej agencji dostaliśmy formularz i przeglądając rubryczki jeżyliśmy sobie włosy na głowie – najgorsze jest to, że osoba prosto z zagranicy jest oceniana niekorzystnie, co wynika z wielu czynników. Po pierwsze – trzeba mieć historię wynajmu (korzystną opinię od poprzedniego wynajmującego), po drugie pracę (pewne źródło zarobku), po trzecie jakiś miejscowy adres, pod którym można by ewentualnie mordę obić za niepłacenie czynszu. Oczywiście nie mieliśmy nic. Nerwowe kontakty transkontynentalne zaowocowały przefaksowaniem wyciągu z konta Ojca Założyciela wraz z krwią podpisanym oświadczeniem, że mimo upływu ponad ćwierćwiecza nie udało się odciąć pępowiny i nadal zgadza się łożyć na dziecko niepełnosprawne finansowo. Taki kwit załatwia sprawę zabezpieczenia finansowego. Średnio biegły grafik zrobiłby to w 20 minut, ale to szczegół. Ja grafikiem nie jestem i nie zrobiłbym nawet w dwa dni. Sprawę referencji od wynajmującego obeszliśmy oświadczając, że od samego urodzenia żyliśmy z rodzicami (co poniekąd nie odbiega od prawdy). Co do adresu to podaliśmy ten gdzie mieszkaliśmy na początku i liczyliśmy na to, że nikt nie będzie w to wnikał (nikt nie wnikał). Potem jeszcze do tego wszystkiego trzeba było dodać referencje od dwóch osób miejscowych, spośród których jedna zna nas od co najmniej dwóch lat – znowu minus dla nas. Nikt nas tu nie zna dłużej niż tydzień i nikt nie zna nas z tej bardziej błyszczącej strony. Tutaj posłużyliśmy się wtyką Ocja Założyciela – starym kumplem z piaskownicy który 20 lat wcześniej wyjechał polować na kangury i tak mu zostało. Jedna rozmowa telefoniczna zaowocowała tym, że chłop szczerze uwierzył w to, że zna mnie od co najmniej 40 lat. (W życiu człowieka na oczy nie widziałem, ale co to ma za znaczenie. Teraz już go widziałem i wiem że jest jak najbardziej w porządku – zaprzeczenie tego, czego dowiedziałem się na temat polskich emigrantów w Stanach.) Wyznanie tej jakże głębokiej wiary przelał na papier i wysłał do nich faksem (ale to dopiero później). Drugą osobą została sekretarka na wydziale na studiach – powiedziałem jej, że moja obecna sytuacja mieszkaniowa wygląda tak, że gotów jestem się do niej wprowadzić choćby zaraz. Sama zaproponowała, żebym ją podał jako polecającą. Nawet nie musiałem jej prosić! W jej przypadku wystarczyło podać numer jej telefonu i sami do niej zadzwonili, aby zapytać jak się przedstawia moja wiarygodność. Tak czy owak po złożeniu wszystkich dokumentów do kupy uzbierał się tego spory stosik – stosik nie dający jeszcze pewności uzyskania mieszkania.

Umówiliśmy się więc na zwiedzanie jednego mieszkania we wtorek – zjawiliśmy się o czasie, zaraz podjechał jakiś wystraszony gość, otworzył nam drzwi i mogliśmy zwiedzać. Nie bardzo wiedzieliśmy jak się zachować – wejść i szukać dziury w całym, zadawać jakieś głupie pytania czy co? Na pytania gość odpowiadał rozbrajającym „Nie wiem, ja tu tylko klucze podrzuciłem”. Jakby jednak na to nie patrzeć mieszkanie wyglądało syfiarsko. Na ścianie ślady grzybni, na suficie w łazience również. Do tego smrodek, jaki można zastać w naszych lasach wczesną jesienią po dwóch dniach opadów. Byliśmy co najmniej rozczarowani. Wypatrzyliśmy w ich ofercie jeszcze jedno mieszkanie dwa domy dalej – gość za dwie godziny mógł je nam pokazać. Pokazał oczywiście w ten sam sposób – otworzył i poczekał na zewnątrz aż się naoglądamy. Mieszkanie podobne – nieco mniej śmierdziało ale było brudniej. Rozczarowanie narosło do niebezpiecznych rozmiarów. Może jednak jedna sypialnia za takie same pieniądze? A może większe pieniądze za coś porządniejszego i do tego w komplecie dziura budżetowa?

Zaczekaliśmy do środy – z rana miała zadzwonić babka z drugiej agencji i podać szczegóły zwiedzania kolejnego mieszkania. Tym razem było dużo lepiej – potrafiła odpowiedzieć na zdecydowaną większość pytań, mieszkanie wyglądało w porządku – było duże, bardzo jasne (co pewnie latem będzie wadą), miało duży balkon, dwie sypialnie, dużą kuchnię i dużą łazienkę (choć brzydota była wprost proporcjonalna do jej wielkości). Stwierdziliśmy że to jest to i poszliśmy do biura złożyć papiery – czyli stanęliśmy do castingu. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, bo casting polega na tym, że agent z naszych papierów musi wywróżyć przyszłość i dać głowę za to, że będziemy płacić regularnie i nie puścimy budy z dymem. Bardzo szybko okazało się, że nasze papiery połączone z naszym typowo słowiańskim typem urody dały pożądany efekt – babka zadzwoniła i powiedziała coś, z czego z dużym trudem domyśliłem się, że zostaliśmy zaakceptowani. Poczułem się prawie tak podniecony, jakby mi przyjęli aplikację na lot w kosmos! Jak to człowiekowi można ciśnienie podnieść taką pierdołą – zabrać wszystko, dać byle co i jak się cieszy! Babka przez dwie minuty, z których zrozumiałem może z pięć sekund, objaśniała mi szczegóły dalszej procedury. Zrozumiałem tyle, że mam przyjść w sobotę i podpisać gdzie trzeba i do tego jeszcze przynieść czynsz za 6 tygodni z góry. Cholera – skoro mam płacić z takim zastawem, to czego oni się obawiają? Nawet gdybym urządził w tym mieszkaniu teksańską masakrę piłą łańcuchową to i tak by im się koszty zwróciły z tego zastawu! Mniejsza o to – umówiliśmy się na sobotę na podpisanie, po którym możemy się już wprowadzać. Oczywiście i tak musiałem w piątek do niej zadzwonić i jeszcze raz musiała mi wszystko tłumaczyć jak chłop krowie na rowie. Musiałem mieć 100% pewności bo musieliśmy zrobić zagranie va bank w collegu – zażądaliśmy zwrotu forsy za jedną noc (mieliśmy z góry zapłacone do niedzieli rano) i planowaliśmy spędzić sobotni dzień w pobliskim centrum handlowym i w ostatnim momencie przemieścić się jakoś z bambetlami pod drzwi mieszkania. Z tego co zdążyliśmy się zorientować, to w soboty i niedziele nie ma nikogo z pracowników w recepcji i klucze trzeba wrzucić do dziury w ladzie. Wszystkimi sprawami w weekend zajmują się wyznaczeni studenci. Pomyślałem więc, że nie zwolnimy mieszkania z rana (powinniśmy to zrobić do godziny 9), tylko przetrzymamy klucze do 14 i jakoś się z tym studentem dogadamy, bo student jak to student – pod każdą szerokością geograficzną ma wszystko w tym samym otworze (i nie jest to otwór w ladzie). Ten akurat miał wszystko gdzieś tak głęboko, że nawet go nie było – trudno więc się było dogadać. Problem z głowy – pokój mieliśmy do ostatniej chwili do dyspozycji. O 14 zadzwoniłem po taksówkę – musiało to być kombi bo inaczej byśmy się nie zmieścili za cholerę. Tutaj oczywiście nie ma czegoś takiego jak kombi – jest za to station wagon (albo wagoon – pewności nie mam). Taksówką podjechaliśmy pod mieszkanie, Magda przeszła w stan czuwania na walizach a ja pobiegłem składać autografy i czek. Poszło gładko – tylko pani na zakończenie dała mi reklamówkę z prezentami – zapałki, świeczka, ciasteczka, torebka herbaty itp. Taki survival kit. Na wszelki wypadek zapytałem czy media są podłączone – pani powiedziała, że owszem – woda jest. A jak chcę mieć prąd i gaz, to muszę to sobie samemu załatwić z elektrownią i gazownią. Oczywiście w sobotę o 16 jak chcę mieć gaz to muszę sobie grochówki podjeść. Z prądem jeszcze trudniej. Wróciłem więc trochę przestraszony do Magdy – jak jej to przekazać żeby nie zabiła?.. Aha – wcześniej jak pytaliśmy o zwyczaje dotyczące rachunków, pani powiedziała, że jeśli coś działa w momencie wprowadzki to nie trzeba za to płacić. No i weszliśmy i spotkała nas miła niespodzianka – prąd był i gaz też. Co prawda nie było ciepłej wody, ale to inna sprawa. Jest to dla nas dobra wiadomość, gdyż skoro nie będą przychodziły rachunki konkretnie do mnie, to niby czemu miałbym płacić? Chwilowo zastanawiamy się czy się ujawniać czy nie i wychodzi nam, że lepiej nie – w najgorszym przypadku zapłacimy za to, co zużyliśmy. A najlepszym – nic. No i od tamtej pory tak sobie mieszkamy. A z tą ciepła wodą to problem polegał na tym, że junkers się zepsuł – poszedłem do agencji powiedzieć, że mam problem techniczny i przyjechało dwóch gości i naprawiło – od tej pory mamy ciepłą wodę.

Obecnie nasze problemy koncentrują się wokół tego, że jesteśmy w tym mieszkaniu persona non grata – czyli osoby pozbawione mebli. Standardowo mieszkania pod wynajem nie są umeblowane. Mamy tylko szafki w kuchni i kuchenkę. Nie ma więc takich niezbędników jak łóżka, lodówka, stół, krzesła i inne takie pomniejsze. Czuję się trochę jak na biwaku.

Jeszcze mieszkając w akademiku zaczęliśmy się zaopatrywać w przedmioty niezbędne – kupiliśmy gruby dmuchany materac, kołdry i poduszki, zastawę, sztućce, garnki, patelnię i różne drobiazgi do kuchni. Nie za dużo – tyle żeby się do taksówki zmieściło. Resztę stopniowo będziemy gromadzić w miarę wychodzenia na prostą. Chwilowo same zakręty… Tak czy inaczej – start mamy za sobą. Mamy dach nad głową, mieszkamy spartańsko, ale na dużej powierzchni, mamy mało, ale tak prawdę mówiąc – niewiele nam brakuje. Magdzie brakuje bardzo – pralki, stołu, krzeseł i długo by jeszcze wymieniać. A mi się podoba.

To może teraz dla odmiany trochę o Australii. Ogólnie jest bardzo ładnie, tyle tylko że trochę mi zeszło zanim zacząłem się tym cieszyć. Pierwszy kontakt mieliśmy bardzo niemiły z powodu walizki i upał na lotnisku zamiast cieszyć – niemiłosiernie wkurzał. Swoją drogą mieliśmy szczęście/pecha (niepotrzebne skreślić) trafić w ostatnią i największą falę upałów, których poziom określono jako mid forties – czyli jakoś w połowie między 30 a 40. Jak na moje to o jakieś 20 stopni za dużo. Było tak gorąco, że aby się nie spocić starałem się robić wszystko jak najwolniej aby jak najmniej energii wydzielać. Metoda kompletnie nie zdała egzaminu – pociłem się już idąc rano do kibla a co dopiero później! Cztery kąpiele dziennie też nie pomagały. Leżenie w zimnej wodzie w wannie trochę pomogło, ale na bardzo krótko. Jedynym sensownym wyjściem było siedzenie we wspomnianym już wcześniej centrum handlowym. No ale ile można – zwłaszcza jak jest tyle spraw do załatwienia. Już drugiego dnia miałem zapisy na zajęcia – pierwsza próba ogniowa na uczelni. Zdana celująco – zapisałem się na wszystko, tylko zajęło mi to pół dnia i zgrzałem się przy tym niemiłosiernie. Myślałem, że zaraz zdechnę z gorąca. A na sam koniec procedury, jak już wyglądałem jakby mnie ktoś zjadł i wyrzygał – zrobili mi zdjęcie do legitymacji. Nigdy nie słynąłem z udanych zdjęć legitymacyjnych, ale to jest już naprawdę szpetne!

Na szczęście upały trwały tylko trzy dni – potem zaczęła się „złota australijska jesień” – słońce świeciło od czasu do czasu a w przerwach lało. Albo przynajmniej siąpiło. W niedzielę się nieco uspokoiło z deszczem i postanowiliśmy zaatakować centrum – operę i inne takie. Wsiedliśmy a autobus i pojechaliśmy – okazało się, że centrum jest jakieś 40-50 minut jazdy od nas (tydzień później sprawdziliśmy czas dojazdu pociągiem – jakieś 25-30 minut). Najpierw przelecieliśmy się przez ścisłe centrum z drapaczami chmur (takie sobie – po Manhattanie nie robią szczególnego wrażenia), potem jeden z wielu parków (o ludzie – ale dżungla!), potem opera (bycza!), potem jeszcze mały zawijas na obiad do parku (kupiliśmy – nie polowaliśmy) i do domu. Niby słońca nie było a spiekłem się jak rolnik. Mateusz zresztą też nieco, choć on akurat był posmarowany.

Następny weekend minął nam na przeprowadzce o której już było wcześniej. A teraz siedzimy sobie w mieszkaniu – właśnie wróciłem z zajęć (wystraszony) oraz z wieczorku zapoznawczego z pracownikami i studentami wydziału (bardzo podekscytowany). O tym jak się tu żyje napiszę dopiero jak się czegoś konkretnego dowiem. Chwilowo łapiemy takie pojedyncze wrażenia dotyczące konkretnych kwestii, ale jakoś nie bardzo mi się wszystko kupy trzyma. Jak się zacznie wszystko układać w jakąś spójną całość – nie omieszkam opisać. Tymczasem musi Wam wystarczyć.

Pozdrawiam wszystkich gorąco – pamiętajcie, że jak idziecie spać to po drugiej stronie wasi wysłannicy właśnie się budzą do następnego dnia. Jeśli więc chcecie wiedzieć co się wydarzy – piszcie do nas (racki@wp.pl). U nas to już było 10 godzin wcześniej.

 


ZDJĘCIA      (O)POWIEŚĆ