|
Odcinek 19 - 04.09.2006 |
||
|
| ||
|
Pomysł z wyjazdem na Tasmanią wziął się w zasadzie znikąd, choć jeśliby się nad tym głębiej zastanowić, to nie ma w tym prawdy. Parę weekendów wcześniej Sławki pojechali w cholerę gdzieś się zresetować w jakimś motelu i przy okazji zażyć okolicy i zrobiło im to dobrze. Pozazdrościłem. Do tego miałem od jakiegoś czasu marzenie, że sobie zrobię upgrade audio w samochodzie - zbierałem na to zaskórniaki za plecami Magdy, co by się niepotrzebnie nie złościła (pomysłu tego z pewnością by nie poparła i mogło by dojść do niekontrolowanego przesunięcia środków). No ale z moimi marzeniami to już jest tak, że jak się na coś napalę, to jestem sobie to w stanie tak dokładnie wyobrazić, że jak już przyjdzie czas na realizację to dochodzę do wniosku, że jak o tym zaczynałem marzyć to byłem jeszcze młody i głupi i teraz już tego nie chcę bo zmądrzałem. Tak więc pojawiła kupka upranej gotówki do rozdysponowania. Tasmania przyszła mi przez głowę tylko dlatego, że przypadkowo zobaczyłem po ile są bilety lotnicze - w dwie strony dla dwóch osób około 400$. Teraz można kupić jeszcze taniej, ale nawet te 400$ to mało. Nie jestem najlepszy w planowaniu wypadów - zawsze zdaję się na mój myśliwski instynkt, który tym razem podpowiedział mi, że zwiedzając pieszo - gówno zobaczymy. Zarezerwowałem więc szybko jakiś samochód. Obawiając się okresowych problemów z dostępem do cywilizacji, wybrałem coś małego z napędem na wszystkie koła. I na tym podpowiedzi mojego instynktu się skończyły. Więcej planów nie było. Wiadomo było, że nie możemy spędzić tam więcej niż 3 dni (bo praca, dzieci w domu z Babcią i tym podobne). Rano samolot leci tylko do Hobart, wieczorem wraca tylko z Launceston i to wyznaczyło start i metę naszego przejazdu. Spodziewając się problemów z noclegiem, na wszelki wypadek kupiłem śpiwory. Co ciekawe, w Polsce jak chciałem spiąć dwa śpiwory razem, to kupowałem lewy i prawy, tutaj zaś nie ma takiej opcji - musiałem kupić specjalny model (a dokładnie to parkę) z jakimiś przekombinowanymi zamkami. Patent skuteczny, ale naprawdę da się to prościej zrobić. Całą akcję zaplanowałem jako niespodziankę dla Magdy. Powiedziałem Jej, że jedziemy na weekend i że nie powiem gdzie, ale ma ubrać ciepłe gacie i coś na deszcz. Z tych dwóch rzeczy nie miała w zasadzie nic, wzięła więc jedną parę gaci extra. Teściowa była wdrożona w plan, ale nie miała puszczać pary z gęby. Prawie się udało, wypuściła tylko informację, że lecimy samolotem. Magda durna nie jest, więc połapała się dokąd możemy lecieć, ale pewności nie miała. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to mogłem to jednak lepiej przemyśleć - o tej porze roku na Tasmanii nie jest na tyle ciepło, żeby w samochodzie nocować, a ja nawet nie wiedziałem, czy po drodze będą jakieś miasta. Miałem mapę, ale jakoś dopiero w samolocie miałem czas do niej zajrzeć. Wyglądała naprawdę interesująco. Samo pakowanie do samolotu mnie nieco rozbroiło. Zdawałem sobie sprawę z tego, że w tanich liniach też są drogie bilety, ale nie wiedziałem, że jako posiadacz biletu najtańszego nie dane mi będzie wejść przez rękaw jak biali ludzie z drogimi biletami, tylko będę musiał po płycie lotniska popylać i po jakichś śmiesznych schodkach się wspinać. I tak dobrze, że nie po drabinie... Po wylądowaniu (lot trwał 90 minut) poczuliśmy się nieco jak Doktor z Przystanku Alaska - rozejrzeliśmy się po okolicy, popatrzyliśmy po sobie i jednocześnie zadaliśmy pytanie: 'And now - what?' Znowu przebieżka po pasie startowym (tym razem krezusy miały jogging z nami), zimno jak cholera a samo lotnisko wyglądało jak siedziba jakiegoś podrzędnego aeroklubu. No i w okolicy nie było nic wystającego, na co można by nawigować. Były jakieś góry, ale nie widziałem większych budynków wskazujących centrum. Na szczęście zabrałem ze sobą pomocną w takich wypadkach 'Papugę' - mapę GPS, zrzędliwą jak stara żona, która zawsze wie, że mogłem jakoś lepiej pojechać. Nienawidzę francy i jak tylko się dowiem, jak ją trwale pozbawić głosu - pozbawię. No ale drogę o dziwo znała. Samochód trafił nam się całkiem nowy - miał na liczniku całe 800km. Nissan X-Trail miał napisane z tyłu. W środku całkiem sprytny. Kobitka z wypożyczalni tłumaczyła mi, że powinienem dokupić jakieś opcje ubezpieczenia, cierpliwie jej wysłuchałem i olałem. Nie starczyłoby nam na żywność. Przestrzegła, że nie wolno wjeżdżać do wody. Taaaa... jasne, zwrócę szczególną uwagę. Nie wolno jeździć drogami gruntowymi. No ależ oczywiście - właśnie dlatego wypożyczam Lotusa, żeby się tylko asfaltami wozić. Hobart zrobiło na nas dobre wrażenie. Na tyle, na ile można było zobaczyć przelatując przez nie z maksymalną prędkością dopuszczalną przepisami ruchu drogowego. Wyglądało bardzo podobnie do miasteczek na południu Niemiec, w Austrii albo gdzieś niedaleko. Ogólnie przyjemne, ale nie mieliśmy zamiaru poświęcać mu więcej uwagi. Wpadliśmy tylko na szybkie zakupy do spożywczego. Postanowiliśmy się zaopatrzyć na cały wyjazd od razu, żeby potem już czasu nie marnować. Nie mieliśmy ze sobą dzieci, więc nie trzeba było dawać dobrego przykładu. Kupiliśmy masę chipsów, czekolady, dwie laski kiełbasy (nie wyjechały z Hobart - zjadłem przed rogatkami) oraz dwie butelki Coli. Miało to sens - jeśli byśmy się zgubili w lesie, to łatwo by nas było wyśledzić po śladach rozwolnienia.
Do przejechania zostało nam jakieś niecałe 200 km i wyglądało na to, że dojedziemy za widoku. Nie spodziewaliśmy się, że tym odcinku jedyną prostą będzie most. Same zakręty, i to całkiem ostre. Niektóre odcinki były najzwyczajniejszymi górskimi drogami - serpentyny takie, że sam musiałem się pilnować, żeby pawia nie rzucić. Idealna droga na motocykl, tylko może jak się trochę lato zbliży. Papuga okazała się pomocna - widać na niej, jak będzie przebiegał następny zakręt, nie trzeba się więc czaić na nieznanej trasie, można walić w ciemno i w większości przypadków nie było niespodzianek. Pozostałe przypadki pozwoliły sprawdzić, na ile skuteczne są hamulce. Po drodze widzieliśmy masę zwierzyny - głównie jakieś takie małe kangury, coś jak oposy oraz - uwaga! - jednego diabła tasmańskiego! Ponoć zwierzątka te nie mają się ostatnio najlepiej - coś im na mordzie wyskakuje, jakiś liszaj czy coś, i to im psuje jakość życia. Populacja spada, naukowcy drapią się w głowy. Ten, którego widzieliśmy też nie wyglądał najlepiej. Dał się łatwo podejść i nawet dałby się pogłaskać, ale woleliśmy nie ryzykować. Lepiej nie bawić się rozjechaną zwierzyną bo może mieć na pokładzie jakieś egzotyczne zarazki. To nie ja go rozjechałem jakby co - ktoś mnie uprzedził i dobrze, bo bym musiał płacić za naprawę samochodu i jeszcze pewnie miałbym jakiś wyrzut na sumieniu, lub - co gorsza - na mordzie! Do Queenstown dotarliśmy po ciemku. Zimno było niemożebnie. Założyliśmy nasze zimowe ciuchy, czyli mówiąc prościej - wszystko, co mieliśmy pod ręką (poza śpiworami). Poszukiwanie jakiegoś noclegu było oparte na prostym planie - wjechać, rozejrzeć się, ewentualnie dopytać. Wjechać było stosunkowo łatwo - trzeba było tylko uważać żeby oczami nie mrugać, bo można było łatwo centrum przegapić. W samym centrum centrum oczom naszym ukazał się widok jak z dobrego, włoskiego westernu - pośród innych, mniejszych i ogólnie nieciekawych budynków prężył się Imperial Hotel - klasyczny saloon, ukorzeniony w czasach gorączki złota albo jakichś innych cennych metali. Po drugiej stronie ulicy był jeszcze jakiś współczesny motel, ale nawet się nad nim nie zastanawialiśmy. Spać w saloonie to było jednak jakieś moje marzenie kiedyś i nie ma znaczenia czy byłem wówczas mądry czy niekoniecznie. Cena - 50$ za dwie osoby w pokoju z trzema łóżkami. To trzecie to pewnie na wypadek, jakbyśmy się mieli niespodziewanie rozmnożyć. Po dokładnym przeanalizowaniu okazało się, że lokal miał naprawdę niezłe wnętrze i taką samą historię - sporo dziwnych sal, restauracja (pyszna ryba z grilla!), niesamowite schody na których brakowało tylko rozwieszonych lampucer no i to tego masa syfiastych pokojów. Atmosfera noclegu przypominała schroniska w Tatrach - w sumie nie było strasznie, ale nie każdy by się tam czuł jak u siebie w domu. Dla nas - bomba! Miało to swój urok i całą masę niepowtarzalnego klimatu.
Przez
niemniej kosmiczne krajobrazy dotarliśmy na zachodni brzeg Tasmanii - do
miasteczka Strahan. Wyglądało jak jakaś opuszczona baza turystyczna -
kręciło się kilka osób, ale widać było, że chyba nie mieli dokąd wyjechać
po prostu. W sezonie jest tam jednak co robić - można się przejechać
unikalną kolejka parową do Queenstown (trasą jakąś niesamowitą, po
drewnianych mostach, na skraju urwiska i przez jakieś chaszcze), można też
przepłynąć się statkiem wycieczkowym. Zaciekawiła mnie możliwość
wariackiej jazdy motorówką przez górską rzekę, ale okazało się, że byłem w
t Nasza
kompletna nieznajomość miejscowych atrakcji nas nie zawiodła - patrząc z
mądrą miną na mapę postanowiliśmy pojechać na północny-wschód. W zasadzie
i tak nie mieliśmy innej opcji, ale lubimy mieć decydujące zdanie. Droga,
której zresztą nie było na mapie GPS, dowiozła nas do miejsca jeszcze
bardziej niesamowitego od poprzednich. Nazywało się toto dość zawile -
Cradle Mountain-Lake St. Clair National Park. Dojechaliśmy tam od tej
pierwszej strony (Lake St. Clair mijaliśmy jadąc do Queenstown) Skasowali
nas 20$ za wjazd do parku narodowego, ale było warto. Można by to porównać
do wjazdu samochodem nad Morskie Oko - o ile oczywiście ktoś był nad
Morskim Okiem. Jak ja byłem, to była noc i gówn Na drugi dzień zakończył nam się plan i nie bardzo wiedzieliśmy, co dalej robić. W górach nie mieliśmy zbyt wielkich szans na przeżycie nocy więc udaliśmy się na wschód i potem na północ. Krajobrazy nadal były niesamowite - wrzosowiska po horyzont (o tej porze roku wrzosy jednak nie kwitną, ale narażając się powierzchowne odmrożenia skoczyłem sprawdzić, czy to na pewno były wrzosy i były na pewno), jakaś kosodrzewina (tutaj się pewnie jakoś inaczej nazywa, ale mniejsza o to) i inne niespotykane w Sydney wynalazki. Ostatecznie dotarliśmy do miejscowości Devonport. Nazwa absolutnie nic nam nie mówiła i nie wiązaliśmy z nią większych nadziei. Ważne było, że mieli sklep spożywczy (chipsy, czekolada, Pepsi i trochę miętusków, bo coś zaczynało niepokojąco walić, zwłaszcza podczas moich przydługich przemówień), mieli też kilka restauracji (do jednej udało nam się dopchać - pyszna ryba z grilla!) oraz backpakernię, czyli schronisko. Postanowiliśmy przeznaczać więcej pieniędzy na jedzenie niż na nocleg i udało się - wydaliśmy mniej, niż na chipsy! Nocleg kosztował 30$ w pokoju dwuosobowym, ale za to na łóżku piętrowym. Nikt nie czuł się na siłach, żeby wspinaczkę uprawiać i skończyliśmy gniotąc się na dolnym pokładzie. No ale przed snem postanowiliśmy jeszcze sprawdzić plażę - nie dało się jeździć. Pełno było jakiegoś zielska, piach był grząski i do tego było jakoś strasznie. Jakoś udało nam się wygrzebać, ale już mi się robiło ciepło!
Była to w zasadzie już ostatnie z beznadziejnych prób spenetrowania terenu. Poddaliśmy się zupełnie, pojechaliśmy na lotnisko. Okazało się jednak, że mieliśmy trochę czasu, postanowiliśmy się więc nim trochę nacieszyć. Ustawiłem tempomat na 50km/h (miejscowi mówią na to cruise control) i wkurzając innych użytkowników drogi (obydwu) podziwialiśmy widoki. Mimo, że najbardziej spektakularne mieliśmy już za sobą, i tak było na co patrzeć. Zatrzymaliśmy się jeszcze na piknik (woda mineralna i chipsy), pobieżnie zwiedziliśmy Launceston (miasto ładne, unikalnych atrakcji brak) i smętnie udaliśmy się na lotnisko. Oddaliśmy samochód, zeżarliśmy reszty zapasów, jako jedni z ostatnich wleźliśmy do samolotu i polecieliśmy w cholerę.
Garść linków, jakby się w razie mogło to komuś przydać: Parki
Narodowe -
http://www.parks.tas.gov.au (masa informacji!) Wszystkie te strony znalazłem oczywiście po powrocie. Właśnie się dziś przekręcił Steve Irvin. Szkoda chłopa, zdążył nas urzec swoim zapałem. Mam nadzieję, że nie przytrafiło mu się to z powodu naszej wizyty (tradycyjnie wszystko co zwiedzamy wkrótce trafia szlag). Jak kto chce - niech napisze. Czytamy tylko dobre opinie - innych nie przysyłać! | ||
|
|