|
Odcinek 9 - 22.08.2004 |
||
|
| ||
|
"...A zostało mi do napisania o kwarantannie, meczu Rugby Union, postępach Mateusza, zmianie pracy, otwieraniu działalności gospodarczej i coś tam jeszcze się znajdzie..." Stacja Kwarantanny -
australijska broń w walce z zarazami, używana w latach 1828 - 1984.
Konkretnie Stacja to jeden z półwyspów u wejścia do Port Jackson (to tam,
gdzie jest opera i most), a jeszcze dokładniej - część północnego półwyspu
(czyli North Head) zwana Spring Cove Z rzeczy historycznych jest tam masa śladów po Aborygenach - zresztą skoro mieszkali tam od przynajmniej 20000 lat to trudno żeby nie pozostawili śladów... Tak czy owak - Aborygeni nie dali rady i umarli w nierównej walce z Europejskimi chorobami i samymi Europejczykami. Byłem tam z okazji wycieczki szkolnej - mieliśmy podziwiać proces "Environment Impact Assessment" przeprowadzony przy okazji planów wydzierżawienia całego terenu pod rozbudowę turystyczno-rozrywkową. Wycieczka była kompletnie bez sensu jeśli chodzi o przedmiot zajęć - niczego ciekawego na temat EIA się nie dowiedzieliśmy, przewodniczka miała poważne luki w pamięci, nikt nie wiedział o co dokładnie chodzi i wszyscy się świetnie bawili. Generalnie oprowadzono nas jak zwykłych turystów i tyle. W 1828 przypłynął do
Sydney statek pełen pasażerów - każdy kichał, kaszlał i na swój sposób
rozsiewał zarazki ospy wietrznej. Ktoś wpadł więc na genialny w swej
prostocie pomysł
odizolowania przybyłych aż do czasu wyleczenia za pomocą cudów ówczesnej
medycyny. Jedno jest pewne - jeśli ktoś od tego wyzdrowiał, to to musiał
być cud! Lekarze głęboko wierzyli, że wokół chorych rozsiewa się niezdrowa
atmosfera (poniekąd mogli mieć rację), w związku z czym należy się jej pozbyć -
ciuchy spalić, pacjenta umyć, czysto ubrać i dać jakąś szczepionkę. Nie
jestem pewien, czy w 1828
Parę ciekawostek:
Na szczęście Stacja przestała działać w latach 80-tych i mogłem ją oglądać już tylko jako turysta.
Pewnego
dnia Iza (koleżanka Magdy mieszkająca rzut beretem od nas) zaproponowała
układ - Magda zajmie się Alinką (córką Izy), a ja w zamian pojadę na mecz
rugby, bo jak raz dostała bilety od pracodawcy i nie wypadało jej nie iść.
Byłem za, tylko nie wiedziałem o co w tym całym rugby chodzi. Widziałem to
wiele razy w telewizorze, ale wiecie jak to jest - siedzi człowiek, gapi
się i za cholerę nic z tego nie rozumie. Prawie jak szachy, tylko więcej
graczy. No bo co można zrozumieć z tego,
że kilkunastu chłopa ugania się po prostokątnym boisku zakończonym dwoma
słupami, rzucają się na
Stadion był fajny, ale nie mam go z czym porównać bo na żadnym stadionie w życiu nie byłem - za wyjątkiem Stadionu Dziesięciolecia, ale tego nie da się porównać ze stadionem. W trakcie meczu można do woli pić co się żywnie podoba - czynny jest bar i restauracja. Mecz można oglądać z trybun lub zza szyby, siedząc przy stoliku i sącząc piwko. Kibice wymieszani idealnie - chociaż kibice zamiejscowej drużyny nie rzucali się nadmiernie w oczy przytłoczeni przez miejscowych. Wiek kibiców zróżnicowany - od małych berbeci do staruszków. Każdy sprawiał wrażenie znawcy, ale moje ciągłe pytania o sens danej zagrywki i powód interwencji sędziego obnażyły ich ignorancję - na pięciu zapytanych ledwo dwóch wiedziało mniej-więcej o co chodzi. Ale to nie byli miejscowi - koledzy z pracy Izy, w większości przyjezdni z Europy. Chodzą na te mecze od ponad roku i powoli przebijają się przez gęste sito przepisów. Bardzo powoli... Każdy zawodnik z osobna ma swojego sponsora, co objawia w sposób, który wydał mi się zabawny. Na początku meczu każdy zawodnik jest zapowiadany, na ekranie pokazują jak wygląda z bliska i oznajmiają kto go sponsoruje. Nie są to jednak sponsorzy wielkiej wagi - ot, sklep w gwoździami, piekarnia czy serwis opon. No i przedstawiają zawodnika, mówią jak mu idzie w tym sezonie i na koniec dodają, że 'najlepsze gwoździe sprzedaje sklep X na ulicy Y'. Na początku nie wiedziałem o co chodzi, ale teraz już się przyzwyczaiłem, bo to jest bardzo powszechna zagrywka. Na przykład w radio opowiadają jak się rozwija sytuacja na drogach - tu jest korek, tam roboty, gdzie indziej ktoś wypadł w trasy i na koniec ten sam gość, tym samym głosem mówi, że najtańsze kwiaty można kupić na rogu tej i tej ulicy w takim to sklepie. Na początku myślałem, że to też jest jakaś informacja, ale za którymś razem skapnąłem się, że to reklama. To samo jest po prognozie pogody, po reportażu ze szkoły podstawowej, po niemal wszystkim. Sam mecz był za darmochę, bo bilety dał pracodawca, ale wyjazd darmowy nie był - przejazd mostem 3$, parking 15$, piwo coś około 5$. No ale trudno się spodziewać, że się coś zobaczy bez płacenia, tak więc narzekać nie wolno. A zabawa była przednia - już od około połowy meczu wiedziałem o co chodzi (mniej-więcej oczywiście) i zasady są dość proste - jajowata piłka może być podana tylko do tyłu, przeciwnika z piłką można zatrzymać nie łapiąc za szyję i głowę (sami się domyślcie, za co można go złapać...), po pięciu zatrzymaniach piłkę dostaje przeciwnik (a może po 6, nie jestem pewien). Celem jest przebiegnięcie z piłką za linię końcową po stronie przeciwnika, ale od biedy można też kopnąć piłką pomiędzy dwa słupy stojące na linii końcowej. Mniej punktów za to dają i nie widziałem żeby ktoś tego próbował. Po udanym przebiegnięciu za linię i przyłożeniu dostaje się jeszcze możliwość kopnięcia piłki z daleka pomiędzy słupy, za co jest parę punktów (dużo mniej niż za przyłożenie, ale razem z tymi za przyłożenie jest ich trochę). Jeśli
chodzi o wynik to miejscowa drużyna grała praktycznie do pustej bramki i
spuściła przeciwnikom łomot jak się patrzy. Cały ten wyjazd zaowocował u
mnie chwilowym przekonaniem o potrzebie poznania miejscowych sportów. Bo
oprócz 'rugby union' jest jeszcze 'rugby league' oraz miejscowa odmiana
futbolu. W każdym z tych sportów piłka jest taka sama, ale boiska się
różnią dość zasadniczo. Najbardziej podoba mi się taka, w której zawodnicy
próbują się wyeliminować ostatecznie, czyli mówiąc prościej - chcą się
zwyczajnie zabić. Wyglądają jak monstra - klata jak szafa, giry jak u
bizona, mina groźna i wzrok żądny krwi, ale za cholerę nie mogę sobie
przypomnieć która to z tych gier. Na pewno nie jest to 'rugby union'.
Jedna z tych gier zwana jest 'footy' i ta też jest najważniejsza dla
miejscowych kibiców. Myślałem, że jest to zawsze futbol, ale rozmowa z
miejscowymi znawcami pokazała, że nie jest to takie proste. Mąż profesor
Tilbury (prowadzącej zajęcia z ekoturystyki i dwóch innych przedmiotów w
tym semestrze) pracuje dla jednej z tych lig, w związku z czym jest to
kobita znająca się na rzeczy. Według niej to, czy coś jest 'footy' zależy
od tego, skąd dana osoba jest. W tym rejonie jest to futbol, ale np. w
Queensland może to być inna dyscyplina. Dla mnie może to być pewnie nawet
tenis - nie wiem jeszcze dokładnie.
Sytuacja na rynku pracy zaczęła się komplikować - elektryk Lancelot okazał się niewypałem. Prezentowane podejście do pracy skazywało go na porażkę od początku, ale myślałem że tutaj to może jest normalne. Prawie nigdzie się nie ogłaszał, pracował głównie dla znajomych, jeździł samochodem podważającym jakiekolwiek kwalifikacje, nie miał na nim żadnych reklam i ubierał się jak farmer a nie jak fachowiec elektryk. Nie wiem dokładnie jak powinien się ubierać fachowiec elektryk ale jedno jest pewne - na pewno nie jak farmer! Zbliżały się wakacje - okres, w którym mogę pracować 25 godzin na dobę i urząd emigracyjny może mnie cmoknąć, więc naciskałem na więcej godzin. A on na to: "Wiesz, zrobiłem ostatnio kilka wycen, ale to jeszcze nie jest pewne" i tego typu teksty sadził. Trzeba było się więc ewakuować zanim okręt zatonie. Z pomocą przyszedł Sławek - znał jakiegoś kafelkarza, który potrzebował pomocnika. Miał do tej pory kilku, ale wszystkich musiał wyrzucić bo byli do niczego, albo mówiąc ściślej - byli do dupy. Generalnie prawdopodobnie pomocnicy byli w porządku, ale majster jest psychopatą, któremu nikt nie pasuje. Pomyślałem - czemu nie? Nawet jak mnie wywali po tygodniu, to i tak coś się zarobi. Zadzwoniłem, umówiłem się i stawiłem do pracy. Gość jest Polakiem - przyjechał tutaj żyć pod pozorem studiów (w jakiejś lipnej szkole za 4000$ rocznie), pracuje ile wlezie i nie martwi się limitem 20 godzin tygodniowo bo założył swoją firmę i nikt nie jest w stanie sprawdzić ile godzin pracuje. Stara się o status rezydenta i jak go dostanie - oleje szkołę, której nazwy nawet nie jest pewien. Niewiele starszy ode mnie (o 7 lat dokładnie), idzie się dogadać jak z człowiekiem, chociaż wiadomo jak to jest - majster to majster a nie kumpel, tak więc czasem trzeba po prostu położyć uszy po sobie i przytakiwać. Praca jak to praca - kiedyś udało mi się w miarę prosto położyć kilka kafli i nie uważam tego za trudne zajęcie tak więc tutaj też sobie jakoś radzę. Ale niczego nie przyklejam - zajmuję się pracą na tyłach - mieszam klej, przycinam kafelki (lub kamień - zależy co danego dnia schodzi), przygotowuję front robót. Generalnie mam więcej roboty niż majster, ale cóż - jak się człowiek nie nauczy to całe życie będzie narzędzia podawał. Pracuję tam już ponad miesiąc i jakoś jeszcze nie wyleciałem z pracy - zobaczymy jak to będzie dalej. Może znajdę jakąś 'normalną' pracę, a może zostanę kafelkarzem dożywotnio? A może za tydzień ktoś zaproponuje mi pracę w rzeźni za lepsze pieniądze? Kto wie - ja tam mogę nawet motorek w cyrku jeździć, byle mi za to płacili... Każdy, kto przyjedzie do Australii na wizie studenckiej ma prawo do pracy na pół etatu, czyli do 20 godzin tygodniowo. W wakacje można pracować do woli, ale wakacji za dużo to nie mam - w czasie całych moich studiów przytrafiły się raptem jedne ferie zimowe. 'Studenckie' prace pozwalają zarobić około 10-15 $/h, czasem do 20 jak kto ma szczęście i bardzo dobrą fuchę. Jeśli pomnożymy to przez 20 godzin tygodniowo, to jasno widać że kokosów nie ma. Raptem na czynsz i opłaty starcza. Innej opcji praktycznie nie ma, bo nikt tu na czarno nie zatrudnia - nie to co w Stanach. Ale Polak potrafi! Co więc robi? Zakłada działalność gospodarczą, pracuje ile da radę (albo ile go w pracy chcą) i raz na jakiś czas wystawia fakturę. Urząd Imigracyjny nie ma szans sprawdzić ile godzin przepracował, bo na fakturze jest tylko napisane co zrobiono i za ile. O godzinach ani słowa, jeśli więc ktoś uzna że 700$ to za dużo jak na 20 godzin pracy tygodniowo, zawsze można powiedzieć że się zarabia dużo na godzinę. Samo założenie działalności to banał - 20 minut w internecie i gotowe. Jak kto chce, to może sobie sam sprawdzić 'na sucho' jak to działa. Tak więc od mniej-więcej miesiąca jestem drobnym przedsiębiorcą. Bardzo drobnym, chciało by się dodać. Na koniec roku rozliczeniowego przyjdzie mi zapłacić podatek, rozliczyć VAT (GST się toto nazywa), odjąć co się da i liczyć na wyrozumiałość. Tym razem nie przejdzie mój firmowy tekst 'Panie, ja nic nie wiem, tydzień temu z Polski przyjechałem i nie wiem o co chodzi' - fiskus wszędzie na świecie wyrozumiały nie jest. No to co by tu jeszcze... Może coś o Kapcperku? Rośnie, ma się nieźle, śpi ładnie, nie chrapie i praktycznie nie umie płakać. Nie wiem czemu - nie nauczyli go w szpitalu czy co? Mateusz w dalszym ciągu traktuje Kacpra należycie - głaszcze go, przytula, całuje gdzie popadnie. Od tego głaskania już ma czoło wyślizgane prawie... Magda się zrosła - po dziecku została ino kreska w gaciach. Blizna po cesarce czyli - poziomo tuż poniżej gumki. Nie była szyta od zewnątrz - były tylko plasterki, które sama zresztą sobie zdjęła zgodnie z zaleceniami lekarza. Tradycyjnymi nićmi była szyta w środku - wiem, bo widziałem. Ale tak do końca wszystko w porządku jeszcze z Magdą nie jest - wstaje z łóżka jak po porządnej imprezie, nie może dźwigać ani złościć się na mnie. No - tego ostatniego lekarz nie powiedział, ale moim zdaniem powinien... Brzuch prysł jak bańka mydlana - trach i po nim! Nieco jeszcze zostało, ale to akurat nic dziwnego - jak się miało brzuch jak balon to teraz się będzie wstępował przez miesiąc. Co do mojego brzucha to nic się nie zmieniło - nie zmalał ale też niezbyt urósł. Dziękujemy za morze SMSów w Magdy telefonie. Część podpisana, część anonimowa, ale i tak fajnie się czytało. Znalazło się nawet dwóch twardzieli co zadzwonili z gratulacjami! Oprócz tego dostaliśmy mnóstwo emalii z gratulacjami - dzięki również! Po tym całym szczęściu spotykają nas jednak również drobne potknięcia. Pierwsze zapowiadało się nieźle - bank rypnął się na naszą korzyść. Remik dał mi czek na 645$ i na końcu postawił kreseczkę, która została zinterpretowana jako 1, co w sumie dało 6451$, co brzmiało dla nas zdecydowanie korzystniej. System wpłaty czeków jest taki, że wpłacić go można w okienku i suma od razu ląduje na koncie. Sam czek jest realizowany dopiero później i jeśli okaże się niewypłacalny - suma znika z konta. No więc na koncie pojawiło nam się niespodziewanie 6451$ i mieliśmy zagwozdkę - iść robić raban czy spokojnie czekać na rozwój wydarzeń? Postanowiliśmy przeczekać - a nuż się okaże, że obciążą Remika na 645$ a nam nic nie odejmą? Nadzieja trwała całe dwa dni, po których zdjęli nam z konta wszystko, nie pozostawiając nawet 645$ które należały nam się jak psu buda. Do tego czek wrócił jako niewypłacalny a bank Remika obciążył go na 45$ w nagrodę za wystawianie czeków bez pokrycia. Za drugim razem przeszedł już normalnie, z bogactwa nici. Na szczęście nasz bank zgodził się że dał dupy i przelał mu te nieszczęśliwe 45$ kary. Mili ludzie w sumie - dali ciała i za to zapłacili. A my przez dwa dni byliśmy bogatsi. Drugie potknięcie spotkało nas nie dalej jak wczoraj - okazało się że z rządowej nagrody za urodzenie dziecka w Australii nici! Niech to szlag! Dzwoniłem do wszelakich urzędów aby dowiedzieć się, czy dostaniemy 3000$ i mówili że dostaniemy. A jak przyszło co do czego, to się wypięli. Ćwoki durne - najpierw obiecują a potem każą się objeść smakiem. A już mieliśmy w planie samochód wymienić na świeższy. Niewiele, ale jednak świeższy... Z samochodem to generalnie słabo jest. Znaczy się sam samochód jest w porządku - absolutnie nic się nie chrzani, wlewam paliwo i jadę. Niestety muszę tego dużo lać, bo większość mojej jazdy spędzam stojąc w korku i wówczas średnio pali około 15 do 17 l/100 km, czyli od cholery. W zasadzie to powinno się liczyć spalanie na godzinę a nie /100 km. Benzyna kosztuje różnie - najtańsza od 94 do 110 centów. I nie chodzi o różnicę ceny między różnymi stacjami, tylko o różnicę na tej samej stacji! Najtańsze paliwo jest we wtorek-środę, potem drożeje i około soboty osiąga maksimum. Potem stopniowo spada i od nowa. Nie znam oficjalnego uzasadnienia takich zmian ceny, ale jak się dowiem to dam znać. Podejrzewam że chodzi po prostu o wydrenowanie kieszeni ludzi wtedy, kiedy na początku niedzielnej wycieczki za miasto stwierdzą, że w baku pusto i nie ma innej opcji jak zalać bez względu na cenę. Tak czy owak - tankuję do pełna we wtorki, do tego zalewam na stacjach przy sklepach, gdzie po udanych zakupach (po wydaniu minimum 40$, czyli po średnich zakupach) dostaje się 4 centy zniżki na litrze. Biorąc pod uwagę, że do pełna wchodzi coś koło 70 litrów - jest na czym oszczędzać. No ale wracając do tematu - stanie w korkach doprowadza mnie do szewskiej pasji. Zależnie od tego gdzie pracuję dojazd zajmuje mi od 20 do .... 100 minut! Jeśli jadę na zachód albo na północ (czyli nie w stronę centrum) - drogi są puste. Ale jeśli mi się nie poszczęści i muszę jechać w stronę centrum - masakra! Rano to jeszcze ujdzie, bo klony zaczynają pracę godzinę po mnie i korka jeszcze nie ma, ale jak wracam, to niestety wracam razem z nimi i jest ich bardzo dużo. No i to jest mój problem z samochodem. W zasadzie to nic do niego nie mam, ale przeklinam dzień, w którym nie kupiłem motocykla. Dużo ostatnio przeklinam w związku z tym i zaczynam oszczędzać na jedzeniu w intencji zakupu czegoś wąskiego do przeciskania się między stojącymi w korkach samochodami. Zgubienie opony z brzucha będzie więc miłym dodatkiem do motocykla. Zresztą obiecałem sobie kiedyś i szeroko rozpropagowałem ideę przyjazdu na motocyklu do Polski i czas najwyższy zacząć trenować :-) Dobra - starczy na dziś. Postępy Mateusza przerzucam na następny odcinek. Oprócz tego - dlaczego życie w Sydney jest pod górkę, najstarsza farma w Australii (ponoć), wielokrotne otwieranie sezonu kitesurfingowego (niekoniecznie udane), budowaniu domów z 'gówna i wody' (cytat z "Królestwa" jakby co) i co tam jeszcze się nawinie. Bart | ||
|
|